sobota, 21 maja 2011

Zgubne skutki religii w szkołach

Ostatnio obserwuję coraz większe zdziczenie wśród młodych ludzi. Ewidentnie zaczęło się po 1991 roku. Podejrzewałem, iż to wina bałaganu i biedy, która nastąpiła wraz z upadkiem komunizmu. Ale coś się nie zgadza - ludzie się bogacą, a zdziczenie dalej rośnie.
Wczoraj podczas spaceru uświadomiłem sobie, że... to wina lekcji religii w szkole.

Pozornie nie ma związku, przecież religia uczy ludzi, aby byli "dobrzy". A jednak. Już tłumaczę w czym rzecz.

Szkoła powinna przekazywać możliwie rzetelną wiedzę naukową, czyli weryfikowalną doświadczalnie. Co prawda sam się z tą wiedzą miejscami nie zgadzam, a konkretnie to zdaję sobie sprawę z pewnych nowych i nie znanych szerzej odkryć. Przykładowo, jestem zwolennikiem nauczania o ewolucji, choć osobiście mam wątpliwości co do tej teorii. Ale ewolucja to jednak jakaś próba racjonalnego wyjaśnienia powstawania życia i nowych gatunków, na podstawie odkryć i badań naukowych. Jak każda teoria jest falsyfikowalna.

Wprowadzenie religii do szkoły powoduje dziwaczną sytuację - dzieciom wmawia się istnienie bytów nadprzyrodzonych, których podobno nigdy nie da się zrozumieć (co z zasady jest sprzeczne z myśleniem naukowym), a które to nakazują poprzez swoich kapłanów różne mniej lub bardziej absurdalne zachowania. Religijna argumentacja jest taka: "masz w życiu postępować jak ksiądz każe, bo jak nie to nadprzyrodzony diabeł duszę do piekła zabierze". Naukowa: "dlatego że".

Tematyki poruszanej na lekcjach religii szkoła już nie podejmuje, aby nie wchodzić w konflikt ze strukturami kościelnymi. Więc dzieci nic nie wiedzą o in vitro, o antykoncepcji, co to homoseksualizm, czym różni się od transseksualizmu, mylą z pedofilią itp. Sądząc po ilości niechcianych ciąż wśród nastolatków w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, problem dotyczy nie tylko Polski. Nic dziwnego, skoro księża straszą konsekwencjami zdrowotnymi stosowania antykoncepcji (owszem, w latach siedemdziesiątych były problemy z pigułkami antykoncepcyjnymi z powodu dużego stężenia substancji czynnych, ale sporo się zmieniło, nie wolno ich też używać bez nadzoru lekarza gdyż każda kobieta może indywidualnie reagować).
Czasami mam świetną zabawę, opowiadając komuś sumeryjskie mity o Adamie i Ewie oraz o Potopie. Widok wyrazu twarzy jest bezcenny, przecież każdy wie, że Biblia została natchniona przez nadprzyrodzone bóstwo.

Kiedy dzieci dorastają, zdają sobie sprawę z absurdalności religijnej argumentacji, więc ją odrzucają. I wpadają w kompletną pustkę. Bo nikt ich nie nauczył rzetelnej wiedzy i samodzielnego myślenia. Nie wiedzą, jak należy postępować, a jak się nie powinno, i dlaczego tak a nie inaczej. Bo wcześniej to inni (księża) za nich myśleli.
Wręcz boją się samodzielnego myślenia, gdyż wspomnienie o czyhających na innowierców Szatanie pozostaje. Myślenie prowadzi do samodzielnych wniosków, samodzielne wnioski są herezją, a herezja jest sprzeczna z wolą bożą. Dlatego dla świętego spokoju bezkrytycznie małpują zachowanie innych.

W przypadku rozdzielenia nauki szkolnej i religijnej, dziecko dostaje jednocześnie argumentację na dwóch poziomach - naukowym i religijnym. Gdy kiedyś odrzuca jedną, pozostaje druga. Jest droga racjonalna, jest też i religijna.
W przypadku konfliktu  wiedzy naukowej i religijnej, a to często się zdarza, człowiek ma większą swobodę decydowania o własnym losie, a to uczy samodzielności myślenia.

Przez dziesięciolecia jakoś się udawało argumentować bez średniowiecznego odwoływania się do woli bytów nadprzyrodzonych. Bo zawsze szkodząc innym szkodzi się również sobie, każda decyzja i postępek wywołuje jakieś konsekwencje na tym świecie, nie w niebie.

Pomijam kwestię zbrodni "w imię Boże".

Podsumowując, absolutnie niedopuszczalne jest wmawianie w szkole istnienia bytów nadprzyrodzonych. Nieważne, czy to krzyże wiszące na ścianach, czy lekcje religii, czy nawet lektura "Harrego Pottera".  To wszystko są zabobony. Świat urojony. Z tym, że w przypadku "Harrego Pottera" nikt nawet nawet nie próbuje przekonywać iż to prawda (a jednak kiedyś Kościół próbował przekonywać, o czym mówi choćby lektura "Młota na Czarownice").
Gdyby istniały jakiekolwiek byty nadprzyrodzone, dałoby się je analizować naukowymi, gdyż miałyby jakąś budowę, materię, miejsce przebywania oraz mechanizmy działania. Czyli nie byłyby już nadprzyrodzone, co najwyżej oczekujące w kolejce na zbadanie i dokonanie kolejnego przełomu w nauce. Wrzucenie do szkoły lekcji religii sprawia, iż panuje przekonanie o istnieniu sfery rzeczywistości, która nie może podlegać badaniom.

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Pełna zgoda z tym co napisałeś. Dość absurdalną sytuacją jest też to, że na lekcjach religii uczy się konkretnej jednej religii i konkretnego światopoglądu choć państwo z założenia jest świecki i neutralne światopoglądowo.
Nie miałbym nic przeciwko lekcjom religioznawstwa, ostatecznie więcej jest ludzi wierzących (ogólnie niezależnie od wyznania) niż niewierzących - jest to dość ważna sfera życia społecznego. Na takich lekcjach uczniowie mogliby dowiedzieć się, że istnieje więcej niż jedyna słuszna religia, w czym są podobne i czym się różnią poszczególne wyznania (nie tylko Chrześcijaństwo od Hinduizmu ale też różne np. gałęzie Chrześcijaństwa). Takie spojrzenie pozwoliłoby wyuczyć postawy tolerancyjne i ograniczyłoby fanatyzm (bo w gruncie rzeczy wszystkie religie mówią to samo, po co się więc spierać czy ktoś woli kolor czerwony a ktoś inny żółty). Ale już odprawianie modłów i wymaganie obecności na rytuałach (potwierdzane podpisem księdza) to moim zdaniem grube naruszenie niezależności państwa od wszystkich religii,

MaRa pisze...

Faktycznie, przydałyby się lekcje o różnych religiach. Ale obiektywne, coś jak o mitologiach. Bo znając życie, księża by je prowadzili i przekonywali o wyższości katolicyzmu.

Jednak w szkołach nie uczy się tylko jednej religii, w niektórych rejonach kraju, gdzie są duże mniejszości np. prawosławne czy protestanckie, jest wybór religii.

Oczywiście jak ktoś chce chodzić/posyłać dziecko na lekcje religii, jego sprawa. Jednak religia nie jest wiedzą naukową, choćby pozornie obiektywną, i jako taka nie powinna być nauczana w szkołach.
Jeśli już nie ma gdzie, to może być i w budynku szkoły, ale po zajęciach lub w weekendy, byle nie w ramach programu nauczania.

Natomiast w ramach programu nauczania powinna być tylko możliwie aktualna i rzetelna wiedza, żadnej wiary.

Podejście naukowe do wielu spraw (seksualność, klonowanie, in vitro itp.) jest o wiele bardziej swobodne niż religijne. Ale to przecież nie przeszkadza, można wybierać których zasad przestrzegać.
Dla przykładu to nieszczęsne in vitro. Cóż z tego, że papież zabrania, jak ktoś chce słuchać papieża, jego wybór, ale przepisy państwowe nie powinny być pod dyktando kościelne.

lenka_pe pisze...

Całkowita zgoda. Jednakże - czy mając taką świadomość, "wypisujemy" dzieci z lekcji religii w szkole?
Ja sama miałam z tym nielichą rozterkę. Z jednej strony: kategoryczne wewnętrzne NIE! - przeciwko temu ogłupianiu i praniu móżdżków niewinnych. Z drugiej strony: czy moje dziecko odniesie korzyść z napiętnowania, jakie mój krok by dla niego przyniósł? Jestem zdania, że dzieci - dopóki nie staną się nastolatkami - nie czują potrzeby podkreślania swojej inności, która dopiero później zaczyna być fajna i nazywać się - indywidualnością. Czuję, że małemu dzieciakowi lepiej i bezpieczniej w tłumie, w grupie (sama pamiętam to z własnego z dzieciństwa), więc moje dziecko posyłam na religię. Chociaż czasami mam nielichą gimnastykę komórkową, próbując zachować spójność deklarowanych przeze mnie poglądów w obliczu wysuwanego przez mojego syna autorytetu księdza czy katechetki, którego słowa bardzo od moich się różnią. A przecież, skoro na szkolne katechezy go posyłam, nie zależy mi, by stawać w wyraźnej opozycji do nauczycieli...

MaRa pisze...

Właśnie na tym polega główny problem religii w szkołach - rodzice boją się nie posyłać dzieci. I tak to się ciągnie.

Jak w kolejnym wpisie zaznaczyłem, może lepiej w szkole by były prawa państwowe, nie kościelne.
Przepisy są w miarę sensowne i zgodne z aktualnym stanem wiedzy, a państwo ma też zobowiązania międzynarodowe odnośnie traktowania wszelkich mniejszości.

Na papierze te wszystkie wolności ładnie wyglądają, ale ludzie nie zdają sobie sprawy z ich istnienia. Nie odróżniają nawet prawa karnego od cywilnego. A u dzieci przecież nie można oczekiwać większej świadomości niż u dorosłych.

Wiedzą to, co ksiądz im powie i myślą, że to "norma".

Anonimowy pisze...

Coś mi się nie zgadza- Religia jestw polskich szkoląch - co to ma wspólnego z Anglia i Ameryka i tamtymi niechcianymi ciążami????
A kto wie jak było 200 lat temu czy 100 lat temu - jaki odsetek procentowy?????
słucham???
nikt nie wie!!!!
nie robiono takich badań - jak ma być naukowo - to przeba badać i porównywać efekty badań - a nie ma co porownywać. To jak gadanie o ocieplaniu sie klimatu

MaRa pisze...

W Ameryce i Wielkiej Brytanii też nie ma w szkołach rzetelnej wiedzy o seksualności człowieka. Z tego samego powodu co w Polsce - religii i wynikającej z niej obyczajowości. Tam seksualność jest nawet jeszcze większym tematem tabu.
A dzieciaki czerpią wiedzę z filmów pornograficznych oraz od rówieśników i o najbardziej podstawowych zagadnieniach nie mają pojęcia.

W Polsce na religię w szkole zrzuca się też naukę zachowania, moralności, etyki. A dzieciaki coraz mniej słuchają księży. Argumenty religijne do nich nie trafiają.
Często nie potrafią się zachować, bo po prostu nie wiedzą jak, nikt ich tego nie nauczył. Podpatrują u najbardziej hałaśliwych rówieśników, pochodzących z patologicznych rodzin i nie wiedzą, że coś w tym niewłaściwego.
Sytuację pogarsza jeszcze brak zdecydowanej reakcji szkoły na przypadki agresji (które nie są tylko wybrykiem, w dorosłym życiu skończyłyby się więzieniem), czasem wręcz to ofiarę się obwinia. Bo za ładnie wygląda, bo jest innej religii, bo jest innej narodowości, bo za dobrze się uczy, bo ma bogatych rodziców.
Czasem nauczyciele nie reagują, bo... sami są sflustrowani, im w życiu "się nie udało", więc taki utalentowany dzieciak czemu miałby mieć dobrze.