niedziela, 15 października 2017

Ogłupiająca rola kapitalizmu

W kapitalizmie nie wolno czytać książek z interesujących dziedzin. Stanowisko i wynagrodzenie zależą od kwalifikacji, teoretycznie im ktoś więcej wie, tym lepiej zarabia. Problem w tym, że jeśli ktoś przeczyta książkę z własnej inicjatywy, to nie ma papierka potwierdzającego wiedzenie co w tej książce było i pojawia się paradoks - na niższe stanowisko nie można go zatrudnić, bo za dużo wie, na wyższe też nie można, bo nie ma papierka potwierdzającego że wie.
Do tego dochodzi pozbawianie zysków zawodowych nauczycieli przez osoby, które samodzielnie coś przeczytają.
Równocześnie, coraz mniejszy odsetek populacji pracuje w produkcji i usługi stają się dominującym sektorem gospodarki. A usługi polegają na sprzedaży wiedzy i umiejętności. Jeżeli ktoś radziłby sobie w typowych sytuacjach dnia codziennego, to nie musiałby płacić innym za ich usługi i system by się zawalił. Sprzyja temu lenistwo, bo po co coś wiedzieć, zgłębiać temat, jeśli można zapłacić jakiemuś specjaliście.
W ten sposób system selekcjonuje w kierunku wąsko specjalizowanych idiotów, którzy trochę się znają na czym mają znać (bo inni się nie znają i nie zauważą, że ci znają się tylko trochę), a jednocześnie nie znają się na czymkolwiek innym, bo nie muszą i są mechanizmy które ich zniechęcają.

niedziela, 8 października 2017

poniedziałek, 2 października 2017

Polska histeria na temat broni palnej

Ostatnio niektórzy politycy lansują absurdalne pomysły powszechnego dostępu do broni palnej. Absurdalne jest to, jak argumentują - że Polacy powinni móc bronić się przed uzbrojonymi bandytami i... wkraczającym rosyjskim wojskiem.

Obrona przed atakiem wojska przy pomocy ręcznej broni palnej jest nierealna, bo wojskowi poza przeszkoleniem i doświadczeniem dysponują bronią długą, kamizelkami kuloodpornymi, ciężkimi karabinami maszynowymi, opancerzonymi pojazdami, armatami, haubicami, moździerzami, bombami kasetowymi z napalmem, kierowanymi pociskami rakietowymi, amunicją do armat z miniaturowymi ładunkami nuklearnymi, opancerzonymi śmigłowcami szturmowymi oraz wieloma innymi zabawkami (Rosja dysponuje nawet uzbrojonymi robotami do patrolowania miejskich ulic), potrafią też ich używać.
Podczas wojny radziecko-afgańskiej Afgańczycy tylko dlatego mogli zadawać jakiekolwiek straty Rosjanom, przy dużo większych stratach własnych, bo w prezencie od CIA dostali samonaprowadzające się rakiety przeciwlotnicze (za kilkaset tysięcy dolarów sztuka), a nie dzięki broni palnej. Poza tym trudno było wytropić ludzi w górach z licznymi jaskiniami, sprzęt lądowy nie mógł tam wjechać.
Jak skończyło się Powstanie Warszawskie z 1944 roku przeciwko regularnym niemieckim oddziałom wojskowym, to chyba wszyscy wiedzą, a sprzęt wojskowy w tym czasie był dużo gorszy niż współcześnie.

Pozostaje obrona przed napastnikami uzbrojonymi w broń palną.
Spójrzmy na statystyki. W Polsce żyje około 38 milionów ludzi. Przypadków zabójstw i prób zabójstw z użyciem  broni palnej jest około 30 rocznie (łącznie). Szansa spotkania uzbrojonego napastnika jest więc żadna, na poziomie śmierci w wyniku ataku pszczół lub os (też około 30 rocznie).
Przy tak małej skali, ci napastnicy raczej nie wyszukują przypadkowych ofiar na ulicy, by im zabrać portfel z ciekawości co w środku, to głównie napady rabunkowe na konwoje przewożące pieniądze, banki, kantory, hurtownie, a większość to porachunki przestępcze i awantury domowe.
Poza tym szansa konfrontacji z uzbrojonym napastnikiem zaledwie się wyrównuje, równie dobrze można przeżyć jak i zginąć podczas takiego pojedynku. A raczej prędzej zginąć, bo nikt nie będzie się pojedynkował z uzbrojoną ofiarą, tylko strzeli w plecy.
Lepiej niż w broń palną zainwestować w moskitierę i nosić ją na głowie :)
(Napastników też taka moskitiera może zniechęcić, pomyślą że wariat i sobie darują)

Przed próbami zabójstw z użyciem innej broni niż palna można się skutecznie obronić na inne sposoby.
Ale znowu spojrzenie w statystyki - rocznie w Polsce zostaje zamordowanych około 500 osób. Przy ponad pół miliona zgonów z innej przyczyny niż morderstwo. Nieprzeżycie kolejnego dnia to mniej niż 0,1% szansy na morderstwo i ponad 99,9% szansy zgonu z innej przyczyny.
Statystycznie, jakiekolwiek uzbrojenie noszone przy sobie niewiele zmienia szansy przeżycia kolejnego dnia.
Jak chce się zmarnować na coś pieniądze, to lepiej kupić kilka kuponów totolotka, większa szansa odniesienia korzyści :)

Ale te 500 morderstw, to w zdecydowanej większości zadźgania nożem podczas libacji alkoholowych, lub czasem awantur domowych. Statystyczny morderca jest członkiem rodziny lub znajomym. Bardzo rzadkie są sytuacje zamordowania przypadkowych ludzi na ulicy, a to i tak najczęściej przez pijanego sprawcę.

Jedyne realne zagrożenie w Polsce, kiedy mogłaby się przydać broń palna, to zostanie uznanym za wroga narodu przez grupkę pijanych pseudonacjonalistów.
Ale to ma dwie strony, powszechny dostęp do broni oznacza ryzyko konfrontacji z uzbrojoną grupką pijanych pseudonacjonalistów polujących na urojonych wrogów narodu. W takiej sytuacji chyba lepiej już żeby nikt nie miał broni palnej, niż wszyscy uczestnicy zdarzenia, bo pseudonacjonalistów będzie więcej, chodzą dwójkami lub czwórkami (samemu smutno pić).

Innych przestępstw jest znacznie więcej, na przykład około 10 tysięcy rocznie rabunków (ale przez sprawców nieuzbrojonych w broń palną, na przykład wyrwanie damskiej torebki i ucieczka), ponad 10 tysięcy kradzieży samochodów, ponad 100 tysięcy kradzieży z włamaniem i kradzieży.
Czyli przy najpowszechniejszych przestępstwach, jakimi są kradzież i kradzież z włamaniem, broń palna zupełnie nie pomoże w ocaleniu dobytku, bo poszkodowany dowiaduje się o tym dopiero jakiś czas później.

Dlatego dużo większy poziom bezpieczeństwa własnego i mienia, niż dźwiganie półkilogramowego żelastwa do zabijania na odległość, dadzą zupełnie inne działania, na przykład:

  1. Ubezpieczenie mieszkania i samochodu.
  2. Wstawienie lepszych drzwi do mieszkania, z lepszym zamkiem i innymi wzmocnieniami.
  3. Wstawienie okien z folią antywłamaniową do mieszkania (wiele szyb okiennych zespolonych już takową posiada, wklejoną od wewnętrznej strony między szybami).
  4. Instalacja dodatkowego zabezpieczenia niefabrycznego do samochodu.
  5. Ewentualna instalacja w domu systemu alarmowego z monitoringiem.
  6. Przed wyjazdem zakup włącznika czasowego i podłączenie doń jakiejś lampki, aby światło włączało się i wyłączało wieczorem, symulując obecność domownika.
  7. Przyjazne układy z sąsiadami i informowanie ich o dłuższej nieobecności (włamywacze często udają firmę przeprowadzkową). Zaufanemu sąsiadowi można też dać klucz do skrzynki pocztowej.
  8. Zrobienie katalogu posiadanych droższych rzeczy, z fotografiami i numerami seryjnymi. Oczywiście nie w postaci pliku przechowywanego tylko w komputerze stojącym w domu, kopię trzeba trzymać gdzie indziej, na przykład w chmurze internetowej (dla pewności można spakować do pliku zip zabezpieczonego hasłem).
    Przy okazji przydałyby się też skany/fotografie innych ważnych dokumentów (akty własności, dokumenty tożsamości, świadectwa, szkolenia, uprawnienia, polisy, kontakty itp.).
    Taki katalog rzeczy bywa dosyć przydatny przy zgłaszaniu na policję lub do firmy ubezpieczeniowej.
    Rzeczy można stracić nie tylko z powodu przestępstwa, ale też katastrofy naturalnej, zawalenia się budynku, popsucia się, upadku na podłogę, przedmioty tak mają.
  9. Trzymanie oryginałów powyższych dokumentów w jakimś sejfie ogniotrwałym w domu.
  10. Takie przygotowanie dojścia do domu, aby nie było zakamarków, gdzie człowiek mógłby się schować w nocy.
  11. Kosztowności, dzieła sztuki itp. nie powinny być przechowywane w jednym miejscu.
  12. Noszenie ze sobą tylko takich rzeczy, których utrata nie byłaby zbyt dotkliwa. Na przykład zakup telefonu, na jaki stać, a nie za półroczne wynagrodzenie (bo może nie tylko zostać skradziony, ale po prostu upaść na betonowy chodnik), noszenie w portfelu tylko niewielkiej ilości pieniędzy (wystarczającej na dany dzień), jednej karty płatniczej (z zapasowym banknotem na drobne zakupy, jeśli terminal płatniczy w sklepie nie będzie działał), w przypadku konieczności przeniesienia większej kwoty rozłożenie jej po częściach garderoby na mniejsze części (na przykład istnieją specjalne pasy na pieniądze noszone pod ubraniem).
    Dobrze by było nie trzymać dokumentów tożsamości razem z pieniędzmi w portfelu, aby zmniejszyć ryzyko utraty obydwu na raz.
    Czyli taka strategia jaszczurki, która złapana przez drapieżnika odrzuca ogon i ucieka. Portfel fortelem, jeśli sytuacja do tego zmusi niech sobie przestępca go bierze.
  13. Nie noszenie na ulicy złotej biżuterii. Po prostu wielu ludzi kusi, aby zerwać i z nią uciec.
  14. W zaparkowanym samochodzie nie powinno być widoczne z zewnątrz nic, co mogłoby przedstawiać jakąkolwiek wartość, nawet okulary przeciwsłoneczne i torba z zakupami. Czasem potencjalni włamywacze obserwują wysiadających kierowców i co oni chowają do bagażnika, więc lepiej wcześniej się zatrzymać i schować, dopiero po tym podjechać na końcowy parking.
  15. Są miejsca w mieście o podwyższonym ryzyku, na przykład niektóre budynki zamieszkane przez patologię i niektóre knajpki w piątki oraz soboty wieczorem, lepiej unikać tych okolic w tym czasie.
  16. Unikanie urządzania libacji alkoholowych, albo przynajmniej pochowanie noży na ten czas :)
Co do broni, to istnieją również obezwładniające, elektrycznie lub chemicznie.
Paralizatory elektryczne mają taką wadę, że po zaprzestaniu rażenia prądem napastnik może zaatakować. Stąd wiele śmiertelnych przypadków użycia Taserów, w wyniku konieczności kilkukrotnego rażenia napastnika.
Z broni chemicznych, chyba najskuteczniejsze są miotacze żelu pieprzowego (żelu, nie gazu). Taki żel oblepia twarz i napastnik nie może nikogo gonić przez najbliższe kilkadziesiąt minut, łatwo wtedy mu uciec. Później jeszcze długo świeci oświetlany lampą ultrafioletową.
Istnieją w wersji na sprężony gaz i pirotechniczne. W Polsce są wątpliwości prawne, czy miotacze pirotechniczne nie są bronią palną gazową. Ale przy interpretacji prawa należy brać pod uwagę intencję jego wprowadzenia (inaczej posiadanie styropianowego zabawkowego kija bejsbolowego byłoby poważnym przestępstwem posiadania przedmiotu przypominającego kij bejsbolowy). Kiedyś broń palna gazowa była dostępna w Polsce legalnie bez zezwolenia i jakiejkolwiek rejestracji, ale pojawiły się wątpliwości, czy przestępcy nie zaczną ją przerabiać na broń palną na amunicję ostrą. Bo to dokładnie taka sama konstrukcja, różnią się tylko przegrodą w lufie uniemożliwiającą wystrzelenie amunicji ostrej. Więc to żaden problem wziąć wiertełko i rozwiercić, co prawda wtedy lufa nie będzie gwintowana, ale broń jednak strzela, można kogoś trafić na odległość kilku metrów.
Jeśli pirotechniczny miotacz żelu pieprzowego nie ma możliwości przerobienia na strzelanie amunicją ostrą, nie jest bronią palną gazową i nie wymaga zezwolenia.

Lepiej się później tłumaczyć z omyłkowego opryskania kogoś żelem pieprzowym, niż z zastrzelenia, zwłaszcza gdy nie było innych świadków zdarzenia.

sobota, 23 września 2017

Czy świat bez śmierci jest możliwy?

Pojawia się takie teoretycznie pytanie - czy dałoby się stworzyć świat inaczej, w którym nie byłoby śmierci?

Otóż nie.
Podstawową zasadą działania świata jest zmiana. Ciągłe cykle przemian, dzięki którym następuje krążenie materii i zmienia się forma którą tworzy.
Ludzie są zbudowani z tej samej materii co otoczenie i dlatego podlegają prawu przemian.
Czasem przeraża to ludzkie ego, którego celem jest ochrona człowieka. Ego jest niezbędne, pełni funkcje ochroniarza i pozwala zwiększyć swoją szansę przeżycia w sytuacjach niebezpiecznych.

Świat bez śmierci byłby światem bez przemian, statycznym, w którym nic się nie zmienia. Bo każda zmiana, to zaprzestanie istnienia czegoś, czyli śmierć tego czegoś, aby powołać do istnienia coś innego, do życia. Wieczny cykl śmierci i narodzin.
Życie w takim świecie bez śmierci byłoby całkiem nudne. I właśnie zapłatą za ów brak nudy, za możliwość zmieniania czegokolwiek, jest śmiertelność.

Śmierci nie można uniknąć w żadnym z możliwych do stworzenia światów. Ale można śmierć obejść dzięki sztuczce, bo materia ulega przemianom, natomiast informacja może być wieczna, istnieje dopóki istnieje ostatni materialny nośnik owej informacji.
Dysponując informacją zapisaną podczas życia, można odtworzyć człowieka po jego śmierci (o ile dysponuje się takimi możliwościami technicznymi). Lecz w tym przypadku nie ma innej drogi do nieśmiertelności niż śmierć. Ciało zawsze ulega dezintegracji, aby materia z którego jest zbudowane mogła się rozproszyć i przyjmować inne formy, tego procesu nie można powstrzymać.

czwartek, 21 września 2017

DIY - budowa instalacji słonencznej w praktyce

Zamontowałem sobie na barierce balkonu ogniwo słoneczne:
60W monokrystaliczne, bo takie okazało się najtańsze (40W kosztowało zaledwie 50zł mniej, a 80W było niemal dwukrotnie droższe).

Wisi na południowo-zachodniej stronie budynku. Pionowo, bo tak było najłatwiej zamontować. Słońce z tej strony budynku zaczyna się pojawiać około godziny 11 rano.
Taniej było kupić większe ogniwo, niż bawić się w jakieś stelaże odchylające je od pionu, a przy okazji w zamierzeniach ma się nieco zrównać ilość energii generowanej w lato, przy wysokim słońcu, oraz zimą, przy niskim słońcu.

Przykręcone śrubami m6, długości bodajże 4cm (trzeba uważać na długość, dłuższe się nie mieszczą), fabryczne otwory w szkielecie aluminiowym ogniwa miały 8mm, ale użyłem cieńszych śrub, ze względu na możliwe odchyłki odległości przy wierceniu otworów w barierce. Pomiędzy łepkiem śruby a szkieletem jest podkładka metalowa (aby zwiększyć powierzchnię przylegania i zapobiec uszkodzeniu otworu montażowego), między szkieletem a barierką balkonu dystansująca podkładka plastikowa (przyklejona wcześniej superklejem do barierki, po nałożeniu na śrubę przechodzącą przez otwór w celu wyrównania, bez tego trudno było trafić bez odpadnięcia podkładek), po stronie nakrętki znowu jest duża podkładka metalowa, oraz podkładka zapobiegająca odkręceniu.

Do ogniwa wtykami MC4 przyczepiony jest kabel. Taki zwykły sieciowy, w okrągłej izolacji, na 230V/10A.
Na wystającą izolację żył nałożone są koszulki termokurczliwe, aby zwiększyć średnicę (pasuje do oryginalnych złączy MC4, podróbki gorzej sobie radzą z niewielką średnicą przewodów i mogą być nieszczelne), kolejny kawałek na zakończenie też zewnętrznej izolacji przewodu.
Do zakręcenia złączy okazały się niezbędne specjalne klucze, choćby plastikowe.
Choć może lepiej było przed montażem spróbować otworzyć puszkę, może tam dałoby się dociągnąć kabel, bez kombinowania ze złączami MC4.

Kabel idzie po balkonie w plastikowej rynience i wchodzi do pomieszczenia przez otwór wywiercony w ścianie wiertłem 8mm i długości jakieś pół metra (!). Na zewnątrz otwór został uszczelniony klejem termicznym, takim z pistoletu do klejenia.
Niedaleko otworu wewnątrz budynku, na kabel nałożony jest filtr ferrytowy, by trochę zmniejszyć ilość zbieranych zakłóceń radiowych.
Wewnątrz kabel zakończony jest wtykiem okrągłym 5,5mm/2,1mm.

Zastanawiałem się też nad złączem SAE, jednak ostatecznie został wtyk okrągły, jak w zasilaczach. Przy kontrolerze ładowania jest podłączony kabelek z pasującym gniazdem okrągłym, łatwo odczepić ogniwo i podłączyć zasilacz sieciowy transformatorowy niestabilizowany 15V lub 12V (koniecznie NIESTABILIZOWANY, stabilizowane się nie nadają). Na wyjściu mostka diodowego takiego zasilacza napięcie szczytowe jest rzędu 18...21V, co umożliwia ładowanie akumulatora.
Ze względu na mostek diodowy na wyjściu zasilacza można by spróbować jednocześnie podłączyć równolegle ogniwo słoneczne i niewielki zasilacz sieciowy, co umożliwia ładowanie przy braku nasłonecznienia.

Kontroler ładowania przyczepiłem dwustronną taśmą klejącą do akumulatora żelowego (12V/20Ah):
W ten sposób powstało zwarte, przenośne źródło zasilania. Można odczepić ogniwo słoneczne i akumulator przenieść gdzie indziej (na fotografii nie ma jeszcze doczepionego krótkiego kabelka wejściowego 5,5mm), oraz ładować z innego ogniwa słonecznego (np. przenośnego) lub zasilacza sieciowego niestabilizowanego 12...15V.
Pod akumulatorem doklejone są 4 gumowe nóżki.

Na fotografii do wyjścia 12V/5A doczepiony jest kabelek zasilający z końcówką okrągłą, taki akurat był mi potrzebny do różnych sprzętów (gotowe kabelki z różnymi złączami są dostępne do zasilaczy laptopów), ale można użyć np. kabelka z gniazdem zapalniczki samochodowej.
Kontroler ładowania ma też wyjście USB 5V/1,2A, dzięki czemu można naładować np. telefon komórkowy, lub użyć ładowarki USB do akumulatorków NiMH. Na co dzień to wyjście wykorzystuję do zasilania lampki nocnej z kabelkiem USB.

Pierwotnie instalację zamierzałem użyć do zasilania radiostacji domowej i lampki nocnej, a awaryjnie do ładowania różnych sprzętów przez USB. Jednak nie mam jeszcze radiostacji domowej (cóż, koszty...), więc służy do zasilania radiobudzika-skanera radiowego i lampki nocnej.
Radioodbiornik dosyć wredny, bo stale pobiera około 250mA przy 12V (czyli do 3...4W), niezależnie czy jest włączony, czy wyłączony. Odłączenie wtyczki zasilania też nic nie da, bo ma bateryjki podtrzymujące 4xAA/R6 i wtedy podobną ilość energii będzie czerpał z tych bateryjek, do ich wyczerpania. Wyjąć bateryjek też nie za bardzo można, bo służą również do podtrzymywania zegarka i trzeba by go od nowa ustawiać.

Ten ciągły pobór energii czasem jest problemem przy pochmurnej pogodzie.

Wnioski:

W Polsce występują duże wahania nasłonecznienia. W słoneczny dzień otrzymywana energia może przekroczyć 2,5A (40...50W), w bardzo pochmurny spada do 0,15A lub mniej. A pochmurny dzień, kiedy nie widać nawet w którym miejscu znajduje się słońce, może być kilka kolejnych dni.
Akumulator starczający na minimum 2...3 dni zasilania okazuje się nieco zbyt mały. W słoneczny dzień naładuje się do pełna około południa, przez resztę dnia energia z ogniwa słonecznego jest marnowana, a przy kilkudniowym zachmurzeniu poziom naładowania systematycznie spada i po 3...4 dniach bez słońca może dojść do całkowitego rozładowania akumulatora.
Więc w praktyce akumulator powinien być większy, obliczony na minimum 7 dni zasilania bez doładowania. W końcu trafi się słoneczny dzień i znowu się naładuje.
Lepszy jest większy akumulator, z zapasem energii wystarczającym do nastania najbliższego słonecznego dnia, niż większe ogniwo słoneczne, które mogłoby dać więcej energii w pochmurny dzień, bo w słoneczny dzień tej energii będzie po prostu za dużo.

niedziela, 30 lipca 2017

DIY - budowa instalacji słonecznej i ładowanie akumulatorów, uwagi ogólne

Na ten temat krąży sporo mitów. Co dziwne, powielanych też przez specjalistów z wykształceniem technicznym :)

Mit 1 - prąd ładowania nie powinien przekraczać prądu 10-godzinnego.
Jest to prawdą, jeśli ładuje się stałym prądem (tzw. źródłem stałoprądowym).

Przyjmuje się, że jeżeli prąd ładowania jest równy lub mniejszy niż 10-godzinny, wtedy długotrwałe ładowanie nie spowoduje przeładowania i uszkodzenia akumulatora.

Przykładowo, dla akumulatora o pojemności 20Ah bezpieczny prąd ładowania wynosi 2A lub mniej.
Czyli pełne naładowanie rozładowanego akumulatora prądem 10-godzinnym potrwa minimum 10 godzin, w praktyce minimum 12...13 godzin (ze względu na sprawność konwersji energii z elektrycznej na chemiczną poniżej 100%).
Kontroler ładowania może naładować szybciej, większymi prądami, gdyż monitoruje stan akumulatora (napięcie, czasem także temperaturę) i po wykryciu pełnego naładowania ogranicza prąd poniżej 10-godzinnego, zapobiegając przeładowaniu.
Przy zastosowaniu kontrolera ładowania maksymalny prąd ładowania nie powinien przekroczyć 3-godzinnego (w praktyce 3,5-godzinnego, ze względu na straty). Można oczywiście mniej, ale wtedy naładowanie potrwa proporcjonalnie dłużej.
Jednak ładowanie prądami większymi niż 10-godzinne może spowodować skrócenie czasu życia akumulatora (mniejszą ilość cykli ładowania). Więc jeśli nigdzie się nie spieszy i można poczekać kilkanaście godzin, to lepiej zastosować zwykłą ładowarkę prądową bez kontrolera ładowania (czyli w praktyce źródło napięcia z rezystorem ograniczającym prąd maksymalny). W przypadku telefonu komórkowego nikt nie będzie tyle czekał...

Mit 2 - nie można podłączyć ogniwa słonecznego bezpośrednio do akumulatora, konieczne jest użycie kontrolera ładowania.
Ależ jak najbardziej można i dawniej to praktykowano, kiedy podzespoły elektroniczne były drogie i nie wynaleziono jeszcze mikroprocesorów. Najlepiej przez diodę, która zapobiega odwrotnemu przepływowi prądu od akumulatora do ogniwa kiedy brakuje światła.
Jednak maksymalny prąd oddawany przez ogniwo słoneczne umieszczone w danej lokalizacji nie powinien wtedy przekraczać prądu 10-godzinnego. Przykładowo, jeśli ogniwo słoneczne umieszczone w danej lokalizacji daje maksymalnie prąd 2A, a w praktyce często mniej (chmurki, zmiana położenia słońca itp.), to bezpiecznie można podłączyć akumulator o pojemności 20Ah lub większej. Taki prąd nie jest w stanie uszkodzić tego akumulatora.

Mit 3 - napięcie ogniwa słonecznego powinno być dopasowane do napięcia akumulatora i dopasowaniem zajmuje się kontroler ładowania.
Niezupełnie, zwykły kontroler ładowania tylko przepuszcza lub odłącza prąd, bez ingerencji w napięcie, ewentualnie ogranicza prąd po wykryciu naładowania. Istnieją też znacznie droższe kontrolery ze śledzeniem punktu mocy maksymalnej (Maximum Power Point Tracking Controller, MPPT), które faktycznie zawierają w sobie przetwornicę napięcia i dzięki temu instalacja osiągnie większą sprawność energetyczną.
Co się stanie, jeśli podłączy się przez diodę ogniwo słoneczne 20V/maks.2A do akumulatora 12V/min.20Ah? Nic strasznego, akumulator się naładuje, kiedyś tam, chyba że dioda jest na zbyt małe prądy i się przepali.
A co się stanie, jeśli podłączy się ogniwo słoneczne 30V/maks.2A do akumulatora 12V/min.20Ah? Też nic strasznego, akumulator również się naładuje, w takim samym czasie jak przy ogniwie 20V/maks.2A.
O co chodzi, skoro napięcia się nie zgadzają? Otóż istnieją dwa teoretyczne źródła energii elektrycznej, rzeczywiste źródła są ich kombinacją z przewagą jednego lub drugiego - źródło napięciowe i źródło prądowe.

Źródło napięciowe stara się utrzymać stałe napięcie (V) na swoim wyjściu, poprzez zmiany wielkości prądu (A). Jeśli zewrze się styki wyjściowe teoretycznego źródła napięciowego, to będzie się starało utrzymać zadane napięcie i teoretycznie popłynie nim nieskończony prąd. Jeśli rozewrze się styki teoretycznego źródła napięciowego, utrzyma zadane napięcie wyjściowe i prąd będzie równy zeru.

Źródło prądowe stara się utrzymać stały prąd (A) na swoim wyjściu, poprzez zmiany napięcia (V). Jeśli zewrze się styki wyjściowe źródła prądowego, wtedy płynący prąd będzie równy zadanemu, napięcie będzie zerowe. Jeśli rozewrze się styki wyjściowe teoretycznego źródła prądowego, to będzie starało się podtrzymać prąd zadany na wyjściu i napięcie teoretycznie będzie nieskończone.


Rzeczywiste źródła prądu mają charakterystyki mieszane, z przewagą jednej lub drugiej formy. Ogniwo słoneczne bardziej przypomina źródło prądowe niż napięciowe. W przykładzie, ogniwo 20V/maks.2A i ogniwo 30V/maks.2A dadzą taki sam prąd na wyjściu - maks.2A. Mniejsze napięcie akumulatora nie ma znaczenia, bo napięcie ogniwa słonecznego niejako "dopasuje się", zachowa się jak źródło prądowe. Jak by nie podłączać, to prąd nie przekroczy 2A. Nawet jak się zewrze, mniej więcej, bo prąd zwarcia (przy zerowym napięciu na wyjściu) jest minimalnie większy, w tym przypadku maks.2,2A. Większy prąd nigdy nie popłynie przy danym oświetleniu ogniwa. Podane napięcie jest napięciem rozwarcia ogniwa, pod obciążeniem ono spada.
Różnica obydwu przypadków jest jednak taka, że że ogniwo 20V/maks.2A ma moc nominalną 40W (mniej więcej, ale mniejsza o szczegóły, nie będę komplikował rozważaniami na temat charakterystyk prądowo-napięciowych ogniw słonecznych), zaś ogniwo 30V/maks.2A ma moc nominalną 60W, czyli będzie o 1/3 większe od pierwszego, a co za tym idzie droższe, mimo że dadzą obydwa taki sam prąd ładowania akumulatora (bez zastosowania przetwornicy MPPT).

Mit 4 - równoległe połączenie akumulatorów da większą moc instalacji.
Akumulatory o takich samych napięciach i takiego samego rodzaju można łączyć równolegle (+ do +, - do -), da to większą pojemność (np. ołowiowe 12V/20Ah i 12V/20Ah to razem 12V/40Ah, 12V/20Ah i 12V/60Ah to razem 20V/80Ah), ale tutaj trzeba uważać na pewne kwestie.
Po pierwsze, przy łączeniu ze sobą. Najlepiej wszystkie naładować do pełna przed podłączeniem, by mniej więcej wyrównać ich napięcia. Podłączenie też jest bardzo ryzykowne, grozi uszkodzeniem akumulatora lub wypadkiem, gdyż z powodu nawet minimalnych różnic napięć mogą popłynąć ogromne prądy, rzędu kilkuset A. Należałoby je wpierw połączyć przez jakiś rezystor o rezystancji co najmniej kilkanaście, kilkadziesiąt omów i mocy co najmniej kilka W (im większa rezystancja, tym mniejsza moc), następnie odczekać, powiedzmy minimum dobę, albo pół, albo chociaż godzinę przy małej różnicy potencjałów. To spowoduje wyrównanie się potencjałów akumulatorów. Później można je już zewrzeć kablem o niskiej rezystancji.
Po drugie, jeśli maksymalny zalecany prąd ładowania jednego akumulatora wynosi na przykład 5A, drugiego 10A, to nie można obydwu łącznie ładować prądem 15A, najlepiej nie przekraczać prądu maksymalnego mniejszego akumulatora. Akumulatory mogą mieć pewne różnice rezystancji wewnętrznej, co spowoduje nierówny rozdział prądów i przez mniejszy mógłby popłynąć zbyt duży prąd, powodując jego uszkodzenie lub skrócenie żywotności.

Szeregowo też można łączyć akumulatory, da to większe napięcie na wyjściu, będące sumą napięć akumulatorów. Jednak trzeba zastosować wtedy identyczne akumulatory, o takim samym rodzaju, napięciu i pojemności, tego samego producenta, najlepiej z tej samej partii produkcyjnej.
Zbyt głębokie rozładowanie akumulatorów połączonych szeregowo może spowodować uszkodzenie jednego z nich podczas ładowania.

Mit 5 - ładowanie akumulatorów skraca ich żywotność.
Niezupełnie. Przykładowo, jeśli producent dla danego typu akumulatora podaje żywotność 500 cykli ładowania, to dotyczy wyłącznie sytuacji cykli pełnego rozładowania i naładowania. Jeśli rozładowuje się je do połowy i następnie ładuje, wtedy wytrzymają dłużej, na przykład 1000 cykli. Jeśli rozładuje do 2/3 (o 1/3), wtedy wytrzymają jeszcze dłużej, na przykład 2000...3000 cykli. Jeśli akumulatory będą rozładowywane do 9/10 pojemności (czyli o 10%), wtedy liczba cykli może być tak duża, że akumulatory prędzej padną z powodu procesów starzenia się, niż od cyklicznego ładowania. To zjawisko wykorzystuje się w samochodach hybrydowych, zwłaszcza z akumulatorami NiMH, gdzie stan między "pełne naładowanie" i "pełne rozładowanie" to zaledwie 10...20% rzeczywistej pojemności zainstalowanego akumulatora.
Czyli większą żywotność będą miały akumulatory o większej pojemności, wykorzystywane tylko w niewielkim stopniu, niż o mniejszej pojemności i wykorzystywane w większym stopniu. Im większy akumulator, tym lepiej. Ale im większy akumulator, tym więcej miejsca zajmuje i jest droższy.

Mit 6 - instalacja słoneczna jest zbyt droga i daje za mało energii.
Ależ można zastosować mniejszą i tańszą instalację :)

W przypadku instalacji autonomicznej z akumulatorem to wpierw trzeba przemyśleć, co musi ona zasilać i ile na to potrzeba energii. Można zastosować odbiorniki energii o mniejszym poborze. Na przykład niektóre radiostacje pobierają podczas nasłuchu 100mA, inne 500mA, a niektóre 2A. Ta sama funkcja, ale zasilanie pierwszej ze słońca jest dosyć łatwe i tanie, ostatniej to już spora i droga instalacja, a efekty działania urządzenia takie same.

Natomiast w przypadku instalacji on-grid, z inwerterem połączonym do sieci energetycznej, też można zastosować mniejszą instalację, która nie da całości energii. Przykładowo, używane ogniwo amorficzne o mocy maksymalnej 150W kosztuje poniżej 100 złotych, mikroinwerter on-grid 250W kosztuje poniżej 500 złotych. Mógłby ktoś pomyśleć po co tak mała, skoro żelazko, pralka lub czajnik elektryczny pobierają ponad 1000W. Otóż prąd z mikroinwertera, który można podłączyć do zwykłego gniazdka sieciowego, sumuje się z prądem płynącym z elektrowni przez licznik, ale ma pierwszeństwo (mikroinwerter jest bliżej niż elektrownia).
Czyli, jeśli w danym momencie instalacja słoneczna da 60W, a łączny pobór energii wynosi 100W, to 60W jest za darmo ze słońca z pominięciem licznika, a 40W przechodzi przez licznik, więc na daną chwilę rachunek się zmniejszy o 60%. Jeśli w tym momencie odkurzacz pobiera 600W (jakiś superenergooszczedny chyba), to 60W płynie za darmo ze słońca, 540W z sieci energetycznej przez licznik, rachunek za prąd zmniejszy się o 10%. Jeśli w danym momencie pobór przez odbiorniki wynosi 10W, to pozostały nadmiar 50W popłynie sobie do sieci energetycznej i trafi do sąsiadów, bez podpisania umowy z dostawcą prądu i założenia dwukierunkowego licznika nic się samemu z tego nie ma.
Jednak średni pobór prądu przez typowe gospodarstwo domowe wynosi 100...400W, czyli 2,4...9,6kWh na dobę. Najwięcej żrą prądu urządzenia o małej mocy, pracujące cały czas. Nawet z najtańszej instalacji (nie widziałem mikroinwerterów poniżej 250W) i bez podpisania umowy ma odsprzedaż nadwyżek z dostawcą, będzie korzyść w postaci wyraźnej redukcji rachunków. Niezależnie od cen prądu, zawsze lepiej płacić mniej o 10...30%, niż więcej.
Zwłaszcza przy podłączeniu instalacji do fazy o największym średnim obciążeniu, zazwyczaj jest to gniazdko sieciowe z lodówką. Natomiast nie ma większego sensu podłączać takiej instalacji do fazy, z której jest zasilane górne światło w pokojach, bo kiedy jest ono używane instalacja nie wytworzy prądu.

poniedziałek, 24 lipca 2017

DIY - odszumienie CB-Radia

Początkowo nie zwróciłem na to uwagi, bo polepszona propagacja spowodowała, że wszystkie kanały były zajęte przez zagraniczne stacje.
Ale później się okazało, że CB-Radio odbiera bardzo silne szumy, dochodzące do połowy skali S-Metra.

Zjawisko występuje przy uruchomionym silniku, po wyłączeniu znika. Nie ma znaczenia, czy samochód się porusza, czy stoi, więc to nie wina ładunków elektrostatycznych. Z całą pewnością to też nie są zakłócenia przenoszące się przez kable zasilające, gdyż po odkręceniu wtyku kabla antenowego i wyłączonej blokadzie szumów ich nie słychać, więc muszą się dostawać od strony gniazda antenowego.

Są dwie możliwe opcje - zakłócenia wnikają albo poprzez oplot kabla antenowego, albo poprzez żyłę, czyli są zbierane przez pręt anteny.

W pierwszym przypadku może być tak, że kabel antenowy przechodzący przez wnętrze samochodu, mający długość porównywalną lub większą niż ćwierć długości fali (>2,7 metra), zbiera swoim oplotem zakłócenia które są generowane we wnętrzu przez instalację samochodu. Później przedostają się do anteny lub radia zewnętrzną stroną oplotu kabla.
Więc zastosowałem filtry ferrytowe przeciwzakłóceniowe do zaciskania na kable zasilające:
W sumie użyłem 3 filtrów, dwa w bagażniku bliżej anteny i 1 pod siedzeniem bliżej radia. Choć nie zauważyłem różnicy w porównaniu z 1 filtrem bliżej anteny. Ale chciałem niejako "rozbić" kabel na krótsze odcinki, aby osłabić możliwość indukowania się na nim sygnału o częstotliwości 27MHz (11 metrów), a o innych częstotliwościach nie powinny zakłócać radia.

Zdobyłem filtry przeznaczone na kable o średnicy 5 milimetrów, mniejszych nigdzie nie było. W tym przypadku kabel antenowy (RG174) ma średnicę około 3 milimetrów. Ale przypadkiem pasowało, filtry przesuwają się z pewnym oporem (w środku miały wypusty przeznaczone do zaciśnięcia się na kablu). Gdyby były zbyt luźno, to można by po rozpięciu nakleić w środku z dwóch stron paski dwustronnej taśmy samoprzylepnej.

Wygląda na to, że trochę się polepszyło. Trochę.
Szumy przy włączonym silniku osiągają 1 działkę S-Metra, czasem mniej (przy wyłączonym silniku nie występowały).
Tylko nie wiedzieć czemu przy odbiorze słabszego sygnału korespondenta słychać przydźwięk sieciowy (?!). Nie kojarzę, żebym w samochodzie miał jakąkolwiek przetwornicę :)
Gdyby CB-Radio miało pokrętło RF-Gain, wtedy wystarczyłoby odrobinkę obniżyć czułość odbiornika i szumy by zniknęły. Odbiornik jest bardzo czuły, według zapewnień producenta znacznie poniżej 0,3 mikrowolta.

Po dotknięciu w górnej części anteny, lub odkręceniu anteny, te szumy znikają. Więc najwyraźniej to pręt anteny je łapie. Niewiele tutaj można jeszcze zrobić, bo spowodowałoby to odstrojenie anteny od rezonansu, więc problemy z nadawaniem.

Może coś da założenie filtra na kablu jeszcze bliżej anteny. Ale wtedy oplot nie mógłby pełnić funkcji przeciwwagi, albo antena odstroiła by się od rezonansu. Może kiedyś jednak przetestuję.

wtorek, 4 lipca 2017

Podróże międzygwiezdne, kolejne wyjaśnienia...

Nigdzie nie jest daleko. Ów fragment który ludzie uważają za cały wszechświat matematycznie jest punktem, czyli odległości są zerowe.
Nawet teoretycznie dałoby się dotrzeć gdziekolwiek w zerowym czasie, ale aby tego dokonać nie trzeba zwiększać prędkości, lecz przeciwnie, zmniejszać w kierunku zerowej.
Jeśli uwzględnić wszystkie istniejące fragmenty zwane wszechświatami, to dowolna rzecz w naszej przestrzeni ma nieskończoną szybkość w każdym kierunku, aby się zaczęła poruszać (to co ludzie uważają za poruszanie się) to należałoby zmniejszać szybkość w którymś z kierunków, a nie zwiększać, skoro już na wstępie jest ona nieskończona.
Czyli jest odwrotnie niż się ludziom wydaje.

Z praktyczną realizacją nawet dosyć prostych napędów kosmicznych też jest odwrotnie niż się ludziom wydaje.
Nie wiedzieć czemu ludzie uparli się, żeby poruszać statek, masę, na co potrzebne są energie. I wiążą się z tym różne problemy oraz ograniczenia. A po prostu trzeba poruszać nie statkiem, nie przykładać żadnych sił do jego kadłuba, lecz poruszać przestrzenią wokół statku. Przestrzeń nie ma masy i związanych z nią ograniczeń.

Czyli gdyby poruszać się samochodem, należałoby napędzać nie samochód, ale drogę pod nim. Z tym że droga jest przyczepiona do planety, a planeta ma masę, więc w praktyce łatwiej poruszać samochodem, a nie całą planetą.
Próżnia nie ma masy, statek kosmiczny ma, prościej jest poruszać próżnią niż statkiem.

niedziela, 25 czerwca 2017

Radiotelefon TYT TH-UVF8D - rozwiązanie problemu z programowaniem

Zakupiłem takie coś:
Technicznie sprzęt jest dużo lepszy niż popularny Baofeng UV-5R, a droższy od niego zaledwie o około 10$, wraz z przesyłką z Chin do Polski kosztuje około 45$.
Ma 2 banki pamięci po 128 komórek, możliwość nadawania nazw z poziomu radia, pamięć stacji radiofonicznych FM, pasuje od niego powszechnie dostępny akumulator Baofenga (choć ma drobne różnice w dolnej części), akcesoria jak słuchawki i kabel programujący, brakuje natomiast latarki.

Mankamentem okazał się program sterujący do komputera.
Ten dostępny na stronie producenta (wersja 2.1.4) jest... wyłącznie po chińsku. Drugi problem z nim taki, że... nie działa, wyskakują jakieś błędy podczas uruchamiania i później nie wczytuje radia.
Na innej stronie znalazłem w wersji 2.1.3 po angielsku. Też nie działa, ale przynajmniej opcje są trochę bardziej zrozumiałe :)

Z kolei z popularnym uniwersalnym programem CHIRP problem jest taki, że nie ma w nim wszystkich opcji radia (głównie DTMF), oraz drugiego banku pamięci 128 komórek (B), jest możliwość edycji tylko pierwszego (A).
Co nie skreśla całkowicie tego programu, gdyż w kopii ustawień są wszystkie zapisane, tylko nie ma opcji ich edycji z poziomu programu, po przywróceniu do radia na przykład po resecie pojawiają się w nim.
Może być kłopot z wgrywaniem tych samych ustawień do kilku egzemplarzy radia, prawdopodobnie różniących się wersją firmware.
Natomiast nie testowałem kabla klonującego bezpośrednio między radiami.

Rozwiązaniem problemu z programem producenta radia okazało się zainstalowanie programu do innego modelu radia (ja użyłem pliku instalacyjnego oznaczonego TH-UVF8v1.2.0.exe), a następnie jego odinstalowanie. Podczas deinstalacji trzeba zaznaczyć opcję niekasowania plików z katalogu Windows.
Więc program producenta najwyraźniej nie działał z powodu braku jakiś bibliotek w świeżej instalacji Windows.

wtorek, 20 czerwca 2017

DIY - płyn do nawadniania

WHO i UNICEF opracowały następującą recepturę płynu nawadniającego, podawanego osobom odwodnionym:

  1. 2,6 grama soli kuchennej (NaCl);
  2. 2,9 grama cytrynianu sodu;
  3. 1,5 grama chlorku potasu (KCl);
  4. 13,5 grama bezwodnej glukozy;
zmieszane z 1 litrem wody.

Przy braku wymienionych składników można zastosować uproszczoną recepturę:
  1. 25,2 grama cukru;
  2. 2,1 grama soli kuchennej (NaCl)
zmieszane z litrem wody.

Sól jest niezbędna, gdyż jest wydalana wraz z potem, co zaburza równowagę elektrolitów w organizmie.