wtorek, 4 stycznia 2011

Zmiany magnetyzmu skał wulkanicznych

Na filmie ze strony NoEvolution.org, o którym już kiedyś wspominałem, pokazana jest alternatywna teoria bocznego formowania się skał osadowych. Jeśli jest poprawna, to skały mogły powstać zaledwie kilka do kilkudziesięciu tysięcy lat temu w wyniku globalnego kataklizmu. Ten sam kataklizm rozbił ówczesny jedyny kontynent na części składowe, z których powstały współczesne kontynenty, oraz wypiętrzył góry (nie da się wygiąć chłodnej skały, w każdym razie budowle z kamienia liczące 5 tyś. lat nie wygięły się ani o milimetr).

Istnieją dwa dowody przeczące takiemu scenariuszowi.

Pierwszy to datowanie izotopowe skał wulkanicznych (np. bazalt i granit, nie można w ten sposób datować skał osadowych, jak wapień i piaskowiec). Opiera się na pomiarze stosunku izotopów różnych pierwiastków do produktów ich rozpadu. Czas od uformowania się skały można określić na podstawie znajomości okresu połowicznego rozpadu pierwiastków (w tym czasie połowa atomów jednego pierwiastka ulegnie rozpadowi do innego pierwiastka). Przykłady, choć nie wiem jak to zmierzono:
  • rubid 87 - stront 87 (49 mld. lat)
  • ren 187 - osm 187 (41,6 mld. lat)
  • tor 232 - ołów 208 (14 mld. lat)
  • potas 40 - argon 40 (1,26 mld. lat)
  • uran 235 - ołów 207 (704 mln. lat)
  • samar 147 - neodym 143 (108 mln. lat)
  • jod 129 - ksenon 129 (17 mln. lat)
  • glin 26 - magnez 26 (740 tyś. lat)
  • węgiel 14 - azot 14 (5730 lat)
Kompletnie nie rozumiem tej metody, od razu wydaje się niedorzeczna. Opera się na założeniu, że w momencie krystalizacji skały występują tylko atomy, które jeszcze nie uległy rozpadowi, nie ma natomiast produktów rozpadu. W ten sposób zegar molekularny ulega wyzerowaniu i da się później określić wiek skały, dokonując pomiaru względnej ilości obydwu pierwiastków.
Niedorzeczność polega na tym, że przecież wewnątrz Ziemi cały czas dochodzi do rozpadu, więc produkty rozpadu zawarte są w roztopionej skale wypełniającej Ziemię. One nigdzie nie uciekają w kosmos, są rozpuszczone w magmie. Gdyby gazy nie rozpuszczały się w cieczach, rybki podusiłyby się w wodzie. Ba, gazy rozpuszczają się w ciałach stałych, w tym w metalach. Jest z tym problem w technice próżniowej (np. produkcja półprzewodników), gdyż po odpompowaniu powietrza gazy zaczynają wydzielać się ze ścianek pojemnika, trzeba je ciągle odpompowywać by utrzymać próżnię. Z podobnego powodu nie stosuje się napędu wodorowego w pojazdach, gaz ucieka przez ścianki pojemnika, magazynowanie wymaga stosowania wiązania wodoru z innymi pierwiastkami.
W momencie erupcji wulkanu, magma wraz z tymi substancjami wydostaje się na powierzchnię, gdzie gwałtownie zastyga, zaczynając od powierzchni, co utrudnia odgazowanie. Nie bardzo rozumiem, czemu nie miałyby pozostać produkty rozpadu? Nawet jeśli gazy szlachetne (ksenon i argon) nie utworzyłyby związków chemicznych w sieci krystalicznej, to i tak pozostają w skale. Kamień to nie jest jednorodny kryształ, składa się z drobniutkich kryształków (często kilkuatomowych) i niekrystalicznych substancji pomiędzy nimi.

Problem pokazywały próby zastosowania metody izotopowej do datowania skał wulkanicznych, uformowanych w okresie historycznym (znana data erupcji wulkanu). Wychodzą kompletne nonsensy, od dziesiątków tysięcy lat do setek milionów. Więc z zasady nie stosuje się datowania izotopowego dla skał młodszych niż 100 tyś. lat, w ten sposób wiarygodność metody została zachowana.

W podręcznikach (np. geografii, geologii) można znaleźć eleganckie mapki wieku skał, wykonane podobno na podstawie pomiarów. Potwierdzają teorię powolnego dryfu kontynentów, wiek dna oceanicznego zmniejsza się w kierunku miejsca jego formowania.
Problem w tym, że ja widziałem taką mapkę, ale podobno wykonaną na podstawie faktycznych pomiarów. Widać na niej m.in. że dno całego Pacyfiku powstało w tym samym czasie (!). Ciekawe, czyżbym dysponował niewiarygodnym źródłem, czy też naukowcy kłamią, fałszują rzeczywistość by dopasować ją do przyjętej teorii?
Sprawa wymaga wyjaśnienia.

Drugim dowodem świadczącym o powolnym dryfie kontynentów są zmiany magnetyzmu skał wulkanicznych. Stwierdzono, że co kilkadziesiąt tysięcy lat z nieznanych przyczyn ulegają odwróceniu bieguny magnetyczne Ziemi, północny staje się południowym i vice versa. Jest to odwzorowane w magnetyzmie skał wulkanicznych, zamrożonym niejako podczas ich krzepnięcia. Jeśli faktycznie tak jest, i potwierdza to teorię powolnego dryfu kontynentów, to na razie nie mam kompletnie pojęcia jak to inaczej wytłumaczyć.

Ale też ciekaw jestem, jak wyglądają autentyczne mapki tegoż magnetyzmu, czy faktycznie pasują do teorii. Dysponuje nimi Marynarka Stanów Zjednoczonych, są  pomocne w wykrywaniu okrętów podwodnych przy pomocy magnetometrów umieszczonych na samolotach (okręt podwody ze stali zaburza przebieg linii ziemskiego pola magnetycznego).

---dodane---
Poszperałem, mapa w pewnym sensie okazała się fałszywką.
Był na niej pokazany jedynie fragment Pacyfiku, ten pomiędzy Płytą Nazca, Płytą kokosową i Płytą pacyficzną, który rzeczywiście uważany jest za młody.
Będę dociekał dalej. Koncepcja kataklizmu sprzed kilku tysięcy lat jest szyta zbyt grubymi nićmi, by nie dało się jej ostatecznie potwierdzić lub obalić. Okazuje się to nie takie proste.
O ile źródła naukowe starają się być krańcowo wiarygodne, często przy tym pomijając niewygodne fakty, to pozanaukowe często luźno podchodzą do wiarygodności nadinterpretując fakty.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nie wie co prawda jak to wygląda w przypadku skał, ale mogę wytłumaczyć jak określa się wiek materii organicznej przy użyciu węgla C14. Otóż w przyrodzie występuje stały stosunek pomiędzy izotopami C14 i C12. Podczas życia organizm przyswaja i wydala izotopy węgla w takich samych proporcjach. Po śmierci organizmu wymiana węgla ze środowiskiem ustaje i mamy do czynienia tylko z rozpadem izotopu.
Można założyć, że podobnie dzieje się w przypadku skał. Dopóki są one płynne następuje wymieszanie różnych izotopów i stały ich stosunek względem siebie (np. ciężkie opadają ku jądru planety w wyniku działania pola grawitacyjnego, mechanizm może też być zupełnie inny, to tylko moje przypuszczenia). Natomiast po zakrzepnięciu skały nie może następować wymiana materii z otoczeniem (być może niewielkie zmiany w warstwie powierzchniowej w wyniku wymywania, jednak różne izotopy tego samego pierwiastka powinny być wymywane w tej samej proporcji - właściwości chemiczne się nie zmieniają).
Co do namagnesowania skał to jest to prawda. W różnych skałach uwięzione są domeny magnetyczne skierowane zgodnie z polem magnetycznym je otaczającym w chwili zastygnięcia. Występowanie tych domen skierowanych w różnych kierunkach w różnych warstwach geologicznych jest najmocniejszym dowodem na to, że przemagnesowanie Ziemi rzeczywiście ma miejsce.
Osobiście nie wierzę w teorię globalnego kataklizmu (potopu). 1. nie ma na jego zajście przekonujących dowodów. 2. co mogłoby być przyczyną takiej katastrofy? Upadek steroidy? Wybuch wulkanu? Nie ma na to dowodów :) No i ludzkość i większość życia razem z nią nie przeżyłoby takiego zdarzenia.

MaRa pisze...

Ad.1) Problem w tym, że jakieś tam dowody kataklizmu są. Wspominałem kiedyś o tym.
Czasem znajduje się skamieniałości zwierząt w trakcie posiłku lub w trakcie rodzenia. Czyli to nie po śmierci nastąpiło przykrycie osadem.
Innym przykładem są mamuty, zamrożone z trawą w żołądku.
Znajdowane są też całe cmentarzyska skamieniałych kości, które są połamane i wymieszane.
To raczej świadczy o gwałtownej śmierci, w wyniku jakiegoś nagłego zdarzenia.
Znajduje się, i to powszechnie, skamieniałe morskie muszle na wysokościach kilku tyś.m. n.p.m.
Powodzie i wybuchy wulkanów (np. Świętej Heleny w stanie Waszyngton) pokazują, że skały, i to o budowie warstwowej, mogą formować się w ciągu godzin.

Ad.2) Wszystko wskazuje na to, że była to celowa próba zniszczenia Ziemi i jej mieszkańców, widocznie komuś się nie spodobali.
Zresztą odbudowa życia w ciągu stuleci lub tysiącleci, i to nowymi gatunkami, świadczyłaby o ingerencji spoza planety.

Są dwie teoretyczne możliwości powstawania życia, albo długotrwała ewolucja przez miliony lat, albo interwencja spoza planety (inżynieria genetyczna).
Stworzenie przez nadprzyrodzone duchy jest raczej nierealne, bo z zasadny nie ma bytów nadprzyrodzonych, ludzie uważają za nadprzyrodzone tylko to, czego jeszcze nie rozumieją.

Zakładając, że kiedykolwiek może zostać opracowany sposób na w miarę krótkie podróże międzygwiezdne (nie przez tysiąclecia, ale góra pojedyncze lata), to już pewnie ktoś gdzieś taki sposób wynalazł. W takim razie nie powinno dziwić, że życie może być spokrewnione na większą skalę niż pojedyncza planeta.
Kiedy ludzie znajdą sposób na takie podróże, wtedy pewnie też stworzą życie na planetach w miarę się do tego nadających. Już naukowców ciągnie do Marsa, ale jeszcze jest trochę nieosiągalny.

Charakterystyczne w opowieściach o spotkaniach z "kosmitami" jest to, że często wyglądają zupełnie jak ludzie.
Jeśli ludzie mieliby wyewoluować na Ziemi z małp, to co w takim razie wcześniej robili na innych planetach?

A że przybysze unikają spotkań z politykami i innymi snobami, to nie ma się czemu dziwić.
Kto podczas odwiedzin w niżej rozwiniętych krajach chciałby spotkać się z ich władzami? Dla przykładu: Białoruś, Korea Północna...
Przecież rządzą tam "elity", jak sami o sobie mniemają.
Jak jeszcze turysta nie ma paszportu i pozwoleń na pobyt, to dopiero może być afera. Być może jest szpiegiem i chce wykraść supertajne plany przerobu trawy na jedzenie, sfotografować supernowoczesne wyposażenie ich policji, rozgryźć nowatorską konstrukcję suwaka logarytmicznego, opracowanego z powodu embarga na dostawy komputerów.

MaRa pisze...

Podczas rozpadu powstają pojedyncze atomy, a takie bez problemu ulegają wymieszaniu w cieczy (czy magmie).
W dodatku magma cyrkuluje, co dalej polepsza wymieszanie.
Częściowo te substancje opadają w kierunku jądra planety, ale też i z jądra są podmywane i wypływają ku górze.