niedziela, 7 listopada 2010

Warszawski snobizm - ciąg dalszy

W Warszawie kwestia dyskryminacji ze względu na pochodzenie już dawno przyjęła zastraszające rozmiary.
Przykładowo, firmy zatrudniające pracowników z Warszawy i spoza Warszawy na dokładnie tych samych stanowiskach płacą tym drugim znacznie mniej. Tak było kilkanaście lat temu, tak jest i dzisiaj (znam przykład sprzed kilku dni, chodzi o wielką firmę ubezpieczeniową).
Rozmowa jest tego typu - albo pół pensji pracownika warszawskiego, albo do widzenia. A z reguły stanowisko nie jest kierownicze, te pół pensji nijak nie starczy na wynajęcie mieszkania i wyżywienie, pozostaje albo mieszkać w pięć osób w pokoju, albo codziennie dojeżdżać przynajmniej kilkadziesiąt kilometrów.

Dyskryminacja nawet oficjalnie istnieje w... organach państwowych. Kilka lat temu Policja Stołeczna, która ciągle boryka się z brakami w kadrach, ogłosiła że nie będzie przyjmować do pracy ludzi spoza Warszawy. Podano nawet całkiem idiotyczne wyjaśnienie - że pracownicy spoza Warszawy bardzo tęsknią za stronami rodzinnymi, proszą o przeniesienie (może miejscowi uprzykrzyli im życie?).

Wyjaśnienie jest idiotyczne z tego powodu, że gdyby chodziło tylko o chęć przenosin, to wystarczyło zaznaczyć w umowie o pracę, że nie ma mowy o przeniesieniu np. przez okres 5 lat. Tak jak pracownicy firm prywatnych również podpisują różne oświadczenia, typu zakaz przejścia do pracy u konkurencji.

Chyba jak ktoś decyduje się na pracę w Warszawie to dobrze wie co robi, to nie zawsze wynika z wyższych zarobków. Najczęściej w mniejszych miejscowościach po prostu wszyscy znajomi wyjeżdżają i nie ma po co samemu zostawać. Często nie można znaleźć pracy przy danych kwalifikacjach zawodowych, nie ma ofert na tego typu stanowiskach. Przecież ludzie kończą różne szkoły i studia, a w okolicy nie ma niczego podobnego.

Sam właśnie kończę drugi kierunek studiów. Akurat znajduje się na 2 miejscu listy 10 najbardziej potrzebnych w gospodarce specjalności, nowym studentom Ministerstwo Edukacji nawet daje 1000zł miesięcznego stypendium, żeby tylko chciało im się studiować. A studiuję w zasadzie z nudy, kaprysu czy hobby, bo i tak w okolicy na nic mi się to nie przyda.

1 komentarz:

Jacek Brożek pisze...

życzę powodzenia w studiowaniu :)
od niedawna z zaciekawieniem czytam tego bloga
pozdrawiam