Naukowcy zawodzą, że obiekt materialny (posiadający masę) nie może przekroczyć prędkości światła. Czyżby?
Wyobraźmy sobie uproszczony wszechświat, w którym nie ma nic oprócz jednej planety. Z tej planety wystartowały dwa statki (o tej samej konstrukcji) w przeciwnych kierunkach, każdy z nich osiągnął prędkość 0,6C (3/5 prędkości światła). Ludziki zamieszkujące planetę pokłóciły się, każdy naród chciał podbić pozostałe dla zysku, sytuacja wymknęła się spod kontroli i wysadziły planetę, tyle na tym zyskały. Mamy Wszechświat bez planety, za to z dwoma statkami, niczym więcej. Z jaką prędkością porusza się każdy z nich?
Tematykę podróży nadświetlnych omówiłem w krótkim tekście zamieszczonym na Scribd.com
--- dodano 17 października 2009 ---
Na grupie dyskusyjnej fizyki otrzymałem odpowiedź, że względna prędkość statków (czyli jednego wobec drugiego) wynosi 0,88C.
Czekam na odpowiedź, w którym z nich wystąpią zjawiska relatywistyczne.
środa, 14 października 2009
czwartek, 8 października 2009
Gwiezdne statki - c.d.
Dzisiaj w radioodbiorniku usłyszałem wypowiedź pewnego astronoma, że podróże poza nasz układ planetarny nie będą nigdy możliwie z racji odległości itp.
Przeanalizujmy wątek logicznie, bo ktoś tu ma z tym problem:)
1) Kwestia komunikacji międzygwiezdnej. Fale elektromagnetyczne są zbyt powolne. To się zgadza. Więc są dwa rozwiązania, można albo pogodzić się z tą niemożliwością, popaść w marazm i marudzić, że nigdy się nie uda, albo podejść konstruktywnie do problemu. Jeśli fale radiowe mają jakieś tam ograniczenie, to trzeba zrezygnować z ich stosowania i poszukać innego wyjścia. Trudno je znaleźć, gdy się nie szuka. Jeśli jakaś tam teoria sprzed stulecia czegoś zabrania, to zawsze można zmienić teorię, gdyż każda jest tylko subiektywnym tworem umysłu.
Może są szybsze cząstki lub fale? Można pójść jeszcze dalej, zrezygnować z nośnika informacji. Sama informacja, bez fizycznej energii, jest tworem abstrakcyjnym, więc nie podlega ograniczeniom prędkości. To jak z tymi sprzężonymi elektronami, gdy coś się z jednym dzieje, to drugi natychmiast reaguje, niezależnie od odległości.
2) Kwestia konstrukcji statków. Są dwie możliwości napędu, choć wykorzystuje się tylko jeden. Jest nim napęd chemiczny, działający na zasadzie odrzutu czy też eksplozji. Na pierwszy rzut oka ma on wadę dyskwalifikującą - ograniczenia w ilości zabieranego paliwa. To jak ze statkiem morskim, który płynie dotąd, aż mu się paliwo skończy. Albo balon z otworem, który leci aż wyczerpie mu się powietrze pod ciśnieniem.
Drugą możliwością jest napęd elektromagnetyczny, ma tę zaletę, że materiał pędny nigdy mu się nie wyczerpie. Jest jak nadajnik radiowy, wysyła fale dopóki ma zapewniony dostęp energii. Albo analogia ze statkiem z silnikami elektrycznymi - paliwo się nie skończy, jedynie może się wyczerpać źródło energii. Zbiornik paliwa a źródło energii to zupełnie różne rzeczy, zbiorniki mają pojemność.
Ten drugi sposób ma chwilowo dwa ograniczenia, takie jak znalezienie sposobu zaprzęgnięcia pól elektromagnetycznych do napędu oraz budowa źródła energii. Choć na razie nie bardzo wiadomo jak to zrobić, ale przynajmniej wiadomo, w jakim kierunku prowadzić poszukiwania. A to już coś.
Jakoś naukowcy przez blisko pół wieku nie wiedzieli, co zrobić z odkrytymi falami elektromagnetycznymi, traktowali je jako ciekawostkę przyrodniczą, bez szans na praktyczne zastosowania. Najczulszy detektor, jaki znano, czyli koherer, miał bardzo słabe parametry i wymagał regeneracji po każdym załączeniu się (znaczy się, trzeba go było postukać). Dopiero uśmialiby się, gdyby ktoś im opowiedział o urządzeniu wielkości małej paczki papierosów, przez które można by idąc ulicą rozmawiać z inną osobą na innym kontynencie, w dodatku widzieć ją. Gdzie w czymś takim zmieścić koherer, iskrownik nadawczy, kilkudziesięciometrową antenę i akumulator ołowiowy.
Jeszcze jedno wiadomo o napędzie elektromagnetycznym, choć strach o tym pisać. Statek musi mieć kształt... dysku. To wynika z rozkładu energii na powierzchni kadłuba oraz naprężeń konstrukcji.
Na koniec wypadałoby mi wystosować apel do pisarzy oraz twórców filmów science-fiction, by nadawali przedstawianym statkom kosmicznym prawidłowy kształt. Rozumiem, że to fikcja, ale niech ma choć trochę realizmu.
Przeanalizujmy wątek logicznie, bo ktoś tu ma z tym problem:)
1) Kwestia komunikacji międzygwiezdnej. Fale elektromagnetyczne są zbyt powolne. To się zgadza. Więc są dwa rozwiązania, można albo pogodzić się z tą niemożliwością, popaść w marazm i marudzić, że nigdy się nie uda, albo podejść konstruktywnie do problemu. Jeśli fale radiowe mają jakieś tam ograniczenie, to trzeba zrezygnować z ich stosowania i poszukać innego wyjścia. Trudno je znaleźć, gdy się nie szuka. Jeśli jakaś tam teoria sprzed stulecia czegoś zabrania, to zawsze można zmienić teorię, gdyż każda jest tylko subiektywnym tworem umysłu.
Może są szybsze cząstki lub fale? Można pójść jeszcze dalej, zrezygnować z nośnika informacji. Sama informacja, bez fizycznej energii, jest tworem abstrakcyjnym, więc nie podlega ograniczeniom prędkości. To jak z tymi sprzężonymi elektronami, gdy coś się z jednym dzieje, to drugi natychmiast reaguje, niezależnie od odległości.
2) Kwestia konstrukcji statków. Są dwie możliwości napędu, choć wykorzystuje się tylko jeden. Jest nim napęd chemiczny, działający na zasadzie odrzutu czy też eksplozji. Na pierwszy rzut oka ma on wadę dyskwalifikującą - ograniczenia w ilości zabieranego paliwa. To jak ze statkiem morskim, który płynie dotąd, aż mu się paliwo skończy. Albo balon z otworem, który leci aż wyczerpie mu się powietrze pod ciśnieniem.
Drugą możliwością jest napęd elektromagnetyczny, ma tę zaletę, że materiał pędny nigdy mu się nie wyczerpie. Jest jak nadajnik radiowy, wysyła fale dopóki ma zapewniony dostęp energii. Albo analogia ze statkiem z silnikami elektrycznymi - paliwo się nie skończy, jedynie może się wyczerpać źródło energii. Zbiornik paliwa a źródło energii to zupełnie różne rzeczy, zbiorniki mają pojemność.
Ten drugi sposób ma chwilowo dwa ograniczenia, takie jak znalezienie sposobu zaprzęgnięcia pól elektromagnetycznych do napędu oraz budowa źródła energii. Choć na razie nie bardzo wiadomo jak to zrobić, ale przynajmniej wiadomo, w jakim kierunku prowadzić poszukiwania. A to już coś.
Jakoś naukowcy przez blisko pół wieku nie wiedzieli, co zrobić z odkrytymi falami elektromagnetycznymi, traktowali je jako ciekawostkę przyrodniczą, bez szans na praktyczne zastosowania. Najczulszy detektor, jaki znano, czyli koherer, miał bardzo słabe parametry i wymagał regeneracji po każdym załączeniu się (znaczy się, trzeba go było postukać). Dopiero uśmialiby się, gdyby ktoś im opowiedział o urządzeniu wielkości małej paczki papierosów, przez które można by idąc ulicą rozmawiać z inną osobą na innym kontynencie, w dodatku widzieć ją. Gdzie w czymś takim zmieścić koherer, iskrownik nadawczy, kilkudziesięciometrową antenę i akumulator ołowiowy.
Jeszcze jedno wiadomo o napędzie elektromagnetycznym, choć strach o tym pisać. Statek musi mieć kształt... dysku. To wynika z rozkładu energii na powierzchni kadłuba oraz naprężeń konstrukcji.
Na koniec wypadałoby mi wystosować apel do pisarzy oraz twórców filmów science-fiction, by nadawali przedstawianym statkom kosmicznym prawidłowy kształt. Rozumiem, że to fikcja, ale niech ma choć trochę realizmu.
środa, 7 października 2009
Gwiezdne statki
W książeczce wspominałem o idei napędu międzygwiezdnego.
Jest prosta – materia składa się z dwóch następujących po sobie cyklicznie faz, raz jest materią (cząstką), a raz myślą (falą).
Materialna cząstka znajduje się w znanej wszystkim trójwymiarowej przestrzeni kartezjańskiej, przedmioty mają swoje wymiary fizyczne. To właśnie je dostrzegamy.
Natomiast faza niematerialna, myśl, znajduje się poza przestrzenią, nie ma wielkości. Nie dostrzegamy jej, gdyż nie posiadamy odpowiednich narządów zmysłów (szyszynka jest słabo rozwinięta). Czasem tylko fizycy coś przeczuwają, ale nie rozumieją, o co chodzi w dualiźmie korpuskularno-falowym. Zależnie od obserwatora, cząstki subatomowe, a nawet materia, przejawiają właściwości falowe. Z drugiej strony, w obliczeniach inżynierskich często przechodzi się na płaszczyznę liczb zespolonych. Lecz liczby zespolone, leżące poza kartezjańskim układem współrzędnych, uważa się raczej za twór teoretyczny, pomimo poprawnych wyników przekształceń matematycznych.
Jeśli liczby zespolone odnoszą się do realnego tworu fizycznego, czyli materia składa się z dwóch różnych faz o przeciwwstawnych właściwościach, to w momencie fazy niematerialnej przestrzeń kartezjańska przestaje mieć znaczenie, czyli odległości przestają istnieć. W tym momencie można przedmiot (lub cały pojazd) przesunąć w potencjalnie dowolne miejsce przestrzeni kartezjańskiej, i w tym miejscu się objawi w kolejnej fazie swoich cząsteczek. De facto nie chodzi o jakiekolwiek przesunięcie w przestrzeni, nie o osiągnięcie jakiejś prędkości, gdyż pojazd w fazie niematerialnej jakby się już znajdował wszędzie, jednocześnie w całym Wszechświecie. Więc np. podczas startu z Ziemi już się znajduje nad planetą docelową.
Nie tylko pojazd, ale wszystko to, co istnieje, znajduje się wszędzie, nawet my. W ten sposób wszystko jest jednością, łączy się ze sobą.
Specjalnie pomijam techniczne sposoby realizacji takich podróży. Mogę tylko wspomnieć, że wymagają opanowania pewnego typu nieznanych jeszcze fal.
Celowo też używam określenie “myśl”, nie “fala”, gdyż w zasadzie to jest myśl. Nie ludzka, leczy myśl Wszechświata, polaryzująca pierwotną energię na dwa przeciwwstawne, lecz uzupełniające się bieguny, które wchodzą w interakcje ze sobą tworząc wszystko to, co istnieje.
Polinezyjskie przysłowie mówi: “myśleć znaczy stwarzać, dzisiejsze myśli to jutrzejsze zdarzenia”.
Jest prosta – materia składa się z dwóch następujących po sobie cyklicznie faz, raz jest materią (cząstką), a raz myślą (falą).
Materialna cząstka znajduje się w znanej wszystkim trójwymiarowej przestrzeni kartezjańskiej, przedmioty mają swoje wymiary fizyczne. To właśnie je dostrzegamy.
Natomiast faza niematerialna, myśl, znajduje się poza przestrzenią, nie ma wielkości. Nie dostrzegamy jej, gdyż nie posiadamy odpowiednich narządów zmysłów (szyszynka jest słabo rozwinięta). Czasem tylko fizycy coś przeczuwają, ale nie rozumieją, o co chodzi w dualiźmie korpuskularno-falowym. Zależnie od obserwatora, cząstki subatomowe, a nawet materia, przejawiają właściwości falowe. Z drugiej strony, w obliczeniach inżynierskich często przechodzi się na płaszczyznę liczb zespolonych. Lecz liczby zespolone, leżące poza kartezjańskim układem współrzędnych, uważa się raczej za twór teoretyczny, pomimo poprawnych wyników przekształceń matematycznych.
Jeśli liczby zespolone odnoszą się do realnego tworu fizycznego, czyli materia składa się z dwóch różnych faz o przeciwwstawnych właściwościach, to w momencie fazy niematerialnej przestrzeń kartezjańska przestaje mieć znaczenie, czyli odległości przestają istnieć. W tym momencie można przedmiot (lub cały pojazd) przesunąć w potencjalnie dowolne miejsce przestrzeni kartezjańskiej, i w tym miejscu się objawi w kolejnej fazie swoich cząsteczek. De facto nie chodzi o jakiekolwiek przesunięcie w przestrzeni, nie o osiągnięcie jakiejś prędkości, gdyż pojazd w fazie niematerialnej jakby się już znajdował wszędzie, jednocześnie w całym Wszechświecie. Więc np. podczas startu z Ziemi już się znajduje nad planetą docelową.
Nie tylko pojazd, ale wszystko to, co istnieje, znajduje się wszędzie, nawet my. W ten sposób wszystko jest jednością, łączy się ze sobą.
Specjalnie pomijam techniczne sposoby realizacji takich podróży. Mogę tylko wspomnieć, że wymagają opanowania pewnego typu nieznanych jeszcze fal.
Celowo też używam określenie “myśl”, nie “fala”, gdyż w zasadzie to jest myśl. Nie ludzka, leczy myśl Wszechświata, polaryzująca pierwotną energię na dwa przeciwwstawne, lecz uzupełniające się bieguny, które wchodzą w interakcje ze sobą tworząc wszystko to, co istnieje.
Polinezyjskie przysłowie mówi: “myśleć znaczy stwarzać, dzisiejsze myśli to jutrzejsze zdarzenia”.
niedziela, 27 września 2009
Reinkarnacja
Chyba jeszcze nie poruszałem tego wątku:)
Doświadczenia z hipnozą udowadniają, że możemy sobie przypomnieć "poprzednie wcielenia". Wiele z przypomnianych szczegółów można nawet potwierdzić, np. w literaturze lub na miejscu.
Sceptycy również mają swoje argumenty - skoro reinkarnacja istnieje, to skąd biorą się nowe "dusze", przecież liczba ludzi rośnie. By skomplikować sprawę, wielu ludzi potrafi sobie przypomnieć, jak byli Napoleonem, Cezarem czy Kleopatrą.
Pod hipnozą możemy sobie również przypomnieć wydarzenia z przeszłości, są one znacznie bardziej szczegółowe niż je pamiętamy w normalnym stanie świadomości. To rodzi problemy w teoriach funkcjonowania mózgu, gdyż wygląda na to, że możemy spamiętać więcej, niż mózg ma komórek.
Istnieje rozwiązanie tego paradoksu.
Pamięć jest czymś niezależnym od konkretnego człowieka, to Wszechświat dysponuje pamięcią wszystkich zdarzeń - obrazów, dźwięków, myśli. W Indiach nazywano to "Kroniką Akaszy". Ta pamięć wynika stąd, że na pewnych poziomach, poza naszą trójwymiarową rzeczywistością, czas nie istnieje w znanej nam liniowej formie, wszystkie rzeczy dzieją się równocześnie.
Osobowość człowieka jest ściśle powiązana ze stanem ciała. Uszkodzenia mózgu, guzki na nim, substancje chemiczne czy przeżycia mogą całkowicie zmienić osobowość, zachowanie, postrzeganie świata. Więc osobowość ma związek z ciałem, nie jest cechą żadnej bezcielesnej duszy. Więc, teoretycznie, w chwili śmierci osobowość ulega unicestwieniu.
Świadomość jest czymś pierwotnym wobec materii, w chwili śmierci wraca do swojej pierwotnej formy. Istnieje oddzielnie świadomość, lecz o zupełnie innej percepcji niż to postrzegamy za życia, oddzielnie istnieje pamięć.
Wydaje mi się, że wierzenia o reinkarnacji wynikają z naszej potrzeby nieśmiertelności, nieprzemijania. Posiadanie ciała wiąże się z indywidualizmem, trudniej nam postrzegać, że nie jesteśmy jednostkami, lecz częściami większej całości.
Oczywiście te rozważania to nie tylko sztuka dla sztuki, filozofia i fizyka przecież ściśle się przeplatają. Istnieje niewielka teoretyczna szansa budowy urządzenia odczytującego zapis "Kroniki Akaszy". Magiczne zwierciadło, którego posiadacz będzie mógł obserwować wszystkie zdarzenia z przeszłości, teraźniejszości i ukształtowanej już przyszłości, pozna myśli dowolnej żywej istoty. Może od dawna ktoś, gdzieś daleko od naszego świata, takie posiada...
Doświadczenia z hipnozą udowadniają, że możemy sobie przypomnieć "poprzednie wcielenia". Wiele z przypomnianych szczegółów można nawet potwierdzić, np. w literaturze lub na miejscu.
Sceptycy również mają swoje argumenty - skoro reinkarnacja istnieje, to skąd biorą się nowe "dusze", przecież liczba ludzi rośnie. By skomplikować sprawę, wielu ludzi potrafi sobie przypomnieć, jak byli Napoleonem, Cezarem czy Kleopatrą.
Pod hipnozą możemy sobie również przypomnieć wydarzenia z przeszłości, są one znacznie bardziej szczegółowe niż je pamiętamy w normalnym stanie świadomości. To rodzi problemy w teoriach funkcjonowania mózgu, gdyż wygląda na to, że możemy spamiętać więcej, niż mózg ma komórek.
Istnieje rozwiązanie tego paradoksu.
Pamięć jest czymś niezależnym od konkretnego człowieka, to Wszechświat dysponuje pamięcią wszystkich zdarzeń - obrazów, dźwięków, myśli. W Indiach nazywano to "Kroniką Akaszy". Ta pamięć wynika stąd, że na pewnych poziomach, poza naszą trójwymiarową rzeczywistością, czas nie istnieje w znanej nam liniowej formie, wszystkie rzeczy dzieją się równocześnie.
Osobowość człowieka jest ściśle powiązana ze stanem ciała. Uszkodzenia mózgu, guzki na nim, substancje chemiczne czy przeżycia mogą całkowicie zmienić osobowość, zachowanie, postrzeganie świata. Więc osobowość ma związek z ciałem, nie jest cechą żadnej bezcielesnej duszy. Więc, teoretycznie, w chwili śmierci osobowość ulega unicestwieniu.
Świadomość jest czymś pierwotnym wobec materii, w chwili śmierci wraca do swojej pierwotnej formy. Istnieje oddzielnie świadomość, lecz o zupełnie innej percepcji niż to postrzegamy za życia, oddzielnie istnieje pamięć.
Wydaje mi się, że wierzenia o reinkarnacji wynikają z naszej potrzeby nieśmiertelności, nieprzemijania. Posiadanie ciała wiąże się z indywidualizmem, trudniej nam postrzegać, że nie jesteśmy jednostkami, lecz częściami większej całości.
Oczywiście te rozważania to nie tylko sztuka dla sztuki, filozofia i fizyka przecież ściśle się przeplatają. Istnieje niewielka teoretyczna szansa budowy urządzenia odczytującego zapis "Kroniki Akaszy". Magiczne zwierciadło, którego posiadacz będzie mógł obserwować wszystkie zdarzenia z przeszłości, teraźniejszości i ukształtowanej już przyszłości, pozna myśli dowolnej żywej istoty. Może od dawna ktoś, gdzieś daleko od naszego świata, takie posiada...
środa, 23 września 2009
Prawda o lekach
Chyba mało znany jest fakt, że wszystkie substancje w naszym otoczeniu są truciznami. Nawet zwykła woda, spożyta w nieodpowiedniej proporcji. Chemicznie czysta jest bardzo silnym rozpuszczalnikiem, na szczęście w takiej postaci nie występuje wokół nas.
W XVI wieku niemiecki lekarz i alchemik Theophrastus Bombastus von Hohenheim, znany bardziej jako Paracelsus, napisł: "Każda substancja jest trucizną; nie ma żadnej, która nią nie jest. Truciznę od lekarstwa odróżnia właściwie dawka".
W początkach współczesnej medycyny jako lekarstw używano minimalnych dawek substancji wywołujących podobne efekty co choroba, którą miały zwalczać. To powodowało aktywację mechanizmów obronnych organizmu, które przy okazji radziły sobie z chorobą.
Współczesne lekarstwa mają bardziej skomplikowane działanie, lecz nadal obowiązuje zasada Paracelsusa.
Proponuję to przemyśleć przed kolejnym wyjściem z apteki z reklamówką pełną medykamentów, często przepisywanych przez kilku lekarzy nie wiedzących o sobie wzajemnie. Leki są ostatecznością, nie zagwarantują nam zdrowia. Znacznie lepszy efekt profilaktyczny da choćby spacer i zjedzenie zwykłego jabłka. I umysł przy lepszym dokrwieniu sprawniej funkcjonuje.
Pod supermarketami obserwuję ciekawą scenę - wszyscy parkują jak najbliżej wejścia, nawet jeśli wolne byłoby tylko miejsce dla niepełnosprawnych. Kilkanaście, kilkadziesiąt metrów dalej miejsca są puste.
W XVI wieku niemiecki lekarz i alchemik Theophrastus Bombastus von Hohenheim, znany bardziej jako Paracelsus, napisł: "Każda substancja jest trucizną; nie ma żadnej, która nią nie jest. Truciznę od lekarstwa odróżnia właściwie dawka".
W początkach współczesnej medycyny jako lekarstw używano minimalnych dawek substancji wywołujących podobne efekty co choroba, którą miały zwalczać. To powodowało aktywację mechanizmów obronnych organizmu, które przy okazji radziły sobie z chorobą.
Współczesne lekarstwa mają bardziej skomplikowane działanie, lecz nadal obowiązuje zasada Paracelsusa.
Proponuję to przemyśleć przed kolejnym wyjściem z apteki z reklamówką pełną medykamentów, często przepisywanych przez kilku lekarzy nie wiedzących o sobie wzajemnie. Leki są ostatecznością, nie zagwarantują nam zdrowia. Znacznie lepszy efekt profilaktyczny da choćby spacer i zjedzenie zwykłego jabłka. I umysł przy lepszym dokrwieniu sprawniej funkcjonuje.
Pod supermarketami obserwuję ciekawą scenę - wszyscy parkują jak najbliżej wejścia, nawet jeśli wolne byłoby tylko miejsce dla niepełnosprawnych. Kilkanaście, kilkadziesiąt metrów dalej miejsca są puste.
poniedziałek, 14 września 2009
Podwójne dno bloga
Chyba wreszcie powinienem ujawnić, czemu czasem opisuję kontrowersyjne tematy.
Zauważyłem ciekawą reakcję wielu ludzi na widok niezrozumiałych wytworów techniki. Otóż wrzeszczą, uciekają i ukrywają się. Zaczynają przejawiać symptomy psychozy.
Tak działo się przed wiekami, i nadal się dzieje. Taka charakterystyczna dla gatunku technofobia.
Tak samo reagowali na pierwsze samoloty, na poduszkowiec (oficer armii Austro-Węgierskiej zrobił swoim wynalazkiem takie wrażenie na przełożonych, że zamknęli go w szpitalu dla obłąkanych). Tak samo dzieje się i dzisiaj. Jeszcze kilkanaście lat temu komputer musiał być beżową skrzynką, Apple zaszokował wszystkich kolorowym iMaciem. Dopiero kilka lat temu niektórzy producenci odważyli się na elegancką stylistykę. Fiat w połowie lat dziewięćdziesiątych przedstawił model Multipla z charakterystycznymi reflektorami umieszczonymi powyżej pokrywy silnika, tuż pod przednia szybą. Kompletnie się nie sprzedawał, w następnej generacji powrócono do nijakiej stylistyki. Bo samochody musiały być pozbawione wyrazu, gdyż w innych "szarzy" ludzie kiepsko by się czuli. Znowu dopiero od kilku lat coraz większą wagę przywiązuje się do designu w motoryzacji. Mamy coraz nowocześniejsze samochody, a wszystkie mają okrągły prędkościomierz ze wskazówką, umieszczony za kierownicą. Jednym z nielicznych wyjątków jest Toyota Yaris, z elektronicznym wskaźnikiem umieszczonym w konsoli centralnej. Ale ten samochód jest docelowo przeznaczony dla młodych i zamożnych ludzi z krajów Zachodu. Podobny licznik jest w futurystycznym Pirusie, ale nie znajdziemy go w żadnym innym modelu Toyoty. Nie bez powodu, by nie zniechęcać konserwatywnych tatusiowatych klientów.
Ludzie przywykli do wytworów mechaniki, ale większość nadal nie rozumie zjawisk elektromagnetycznych. Niech tylko ktoś na budynku postawi antenę od CB-radia, na sam jej widok sąsiedzi dostają choroby popromiennej. Nie da się wytłumaczyć, że wymiary mają związek ze stosowanymi długościami fal, a moc promieniowania (4W) jest niewiele większa od od telefonu komórkowego na granicy zasięgu (do 2W). Znacznie większe odległości od anteny sprawiają, ze poziom promieniowania jest tysiące razy mniejszy.
Niech ktoś i rozumie elektromagnetyzm. Ale na widok statku gwiezdnego bez śmigieł i dysz rakietowych to psychicznie nie wytrzyma.
Próbowałem dociec tak irracjonalnej reakcji ludzi. Musi mieć ona coś wspólnego z podświadomością, gdyż pytane osoby nie były w stanie podać jakiegokolwiek sensownego powodu zachowania.
Wyjaśnienie jest następujące:
Umysł człowieka działa w ten sposób, że tworzy model świata, z którym porównuje napływające bodźce. Nie dostrzegamy ich, aż wreszcie pojawi się bodziec niegodny ze wzorcem. Wśród ludzi pierwotnych i zwierząt taki bodziec oznaczał zagrożenie, z którym trzeba walczyć albo uciekać.
Ten schemat jest też stosowany przy wykonywaniu codziennych czynności. To je znacznie ułatwia, nie angażujemy mocy obliczeniowej mózgu do chodzenia po schodach, robimy to nieświadomie, a robot miałby z tym poważny problem, ilość koniecznych obliczeń wymaga szybkiego komputera.
Model świata jest kształtowany w wyniku nauki w szkole, lekcji religii i codziennych doświadczeń. Ale wielu ludzi popełnia pewien błąd, myląc model z rzeczywistością. Przez co ludzkość to taki dziwny gatunek, który żyje w świecie urojonym i bierze go za rzeczywistość.
Problem może się pojawić, jak człowiek trafia na zupełnie inny model rzeczywistości, należący do jakiejś grupy kultu. Jest zafascynowany ich "niezwykłymi" wierzeniami. Odrzuca poprzednie i przyjmuje nowe. Staje się fanatykiem religijnym, postrzega świat przez pryzmat nowego modelu i odrzuca inne, do czasu aż przyjmie kolejny model. Nie zapominajmy, że przesłania proroków były dostosowane do mentalności ludzi, wśród których żyli. Było nawet kilku nowożytnych proroków, ale od jakiś 30-tu lat już żaden nowy się nie ujawni ze swoimi naukami (chyba że fałszywy).
Cóż, Wszechświat jest tym czym jest i niczym innym, nie jest tym, czym chcielibyśmy, by się stał. Każdy model wart jest tyle, na ile przydany jest w praktycznych zastosowaniach, liczy się jego skuteczność. Należy do modeli rzeczywistości podchodzić z dystansem, nadawanie im rangi ideologii prowadzi do zaślepienia. Jedyne, co możemy zrobić, to starać się uwzględniać możliwie wiele punktów widzenia na jakąś kwestię, sortować je wedle skali poprawności utworzonej na podstawie dotychczasowych doświadczeń i wybierać najlepszy dla danego zastosowania.
Dopiero wtedy zbliżymy się do postrzegania świata takiego, jakim jest.
Ogromną zaletą Internetu jest to, że pokazuje najróżniejsze światopoglądy. Dzięki temu rozbudza kreatywność, wraz z jego rozpowszechnianiem się ludzkość zaczęła gigantyczny skok cywilizacyjny.
Zauważyłem ciekawą reakcję wielu ludzi na widok niezrozumiałych wytworów techniki. Otóż wrzeszczą, uciekają i ukrywają się. Zaczynają przejawiać symptomy psychozy.
Tak działo się przed wiekami, i nadal się dzieje. Taka charakterystyczna dla gatunku technofobia.
Tak samo reagowali na pierwsze samoloty, na poduszkowiec (oficer armii Austro-Węgierskiej zrobił swoim wynalazkiem takie wrażenie na przełożonych, że zamknęli go w szpitalu dla obłąkanych). Tak samo dzieje się i dzisiaj. Jeszcze kilkanaście lat temu komputer musiał być beżową skrzynką, Apple zaszokował wszystkich kolorowym iMaciem. Dopiero kilka lat temu niektórzy producenci odważyli się na elegancką stylistykę. Fiat w połowie lat dziewięćdziesiątych przedstawił model Multipla z charakterystycznymi reflektorami umieszczonymi powyżej pokrywy silnika, tuż pod przednia szybą. Kompletnie się nie sprzedawał, w następnej generacji powrócono do nijakiej stylistyki. Bo samochody musiały być pozbawione wyrazu, gdyż w innych "szarzy" ludzie kiepsko by się czuli. Znowu dopiero od kilku lat coraz większą wagę przywiązuje się do designu w motoryzacji. Mamy coraz nowocześniejsze samochody, a wszystkie mają okrągły prędkościomierz ze wskazówką, umieszczony za kierownicą. Jednym z nielicznych wyjątków jest Toyota Yaris, z elektronicznym wskaźnikiem umieszczonym w konsoli centralnej. Ale ten samochód jest docelowo przeznaczony dla młodych i zamożnych ludzi z krajów Zachodu. Podobny licznik jest w futurystycznym Pirusie, ale nie znajdziemy go w żadnym innym modelu Toyoty. Nie bez powodu, by nie zniechęcać konserwatywnych tatusiowatych klientów.
Ludzie przywykli do wytworów mechaniki, ale większość nadal nie rozumie zjawisk elektromagnetycznych. Niech tylko ktoś na budynku postawi antenę od CB-radia, na sam jej widok sąsiedzi dostają choroby popromiennej. Nie da się wytłumaczyć, że wymiary mają związek ze stosowanymi długościami fal, a moc promieniowania (4W) jest niewiele większa od od telefonu komórkowego na granicy zasięgu (do 2W). Znacznie większe odległości od anteny sprawiają, ze poziom promieniowania jest tysiące razy mniejszy.
Niech ktoś i rozumie elektromagnetyzm. Ale na widok statku gwiezdnego bez śmigieł i dysz rakietowych to psychicznie nie wytrzyma.
Próbowałem dociec tak irracjonalnej reakcji ludzi. Musi mieć ona coś wspólnego z podświadomością, gdyż pytane osoby nie były w stanie podać jakiegokolwiek sensownego powodu zachowania.
Wyjaśnienie jest następujące:
Umysł człowieka działa w ten sposób, że tworzy model świata, z którym porównuje napływające bodźce. Nie dostrzegamy ich, aż wreszcie pojawi się bodziec niegodny ze wzorcem. Wśród ludzi pierwotnych i zwierząt taki bodziec oznaczał zagrożenie, z którym trzeba walczyć albo uciekać.
Ten schemat jest też stosowany przy wykonywaniu codziennych czynności. To je znacznie ułatwia, nie angażujemy mocy obliczeniowej mózgu do chodzenia po schodach, robimy to nieświadomie, a robot miałby z tym poważny problem, ilość koniecznych obliczeń wymaga szybkiego komputera.
Model świata jest kształtowany w wyniku nauki w szkole, lekcji religii i codziennych doświadczeń. Ale wielu ludzi popełnia pewien błąd, myląc model z rzeczywistością. Przez co ludzkość to taki dziwny gatunek, który żyje w świecie urojonym i bierze go za rzeczywistość.
Problem może się pojawić, jak człowiek trafia na zupełnie inny model rzeczywistości, należący do jakiejś grupy kultu. Jest zafascynowany ich "niezwykłymi" wierzeniami. Odrzuca poprzednie i przyjmuje nowe. Staje się fanatykiem religijnym, postrzega świat przez pryzmat nowego modelu i odrzuca inne, do czasu aż przyjmie kolejny model. Nie zapominajmy, że przesłania proroków były dostosowane do mentalności ludzi, wśród których żyli. Było nawet kilku nowożytnych proroków, ale od jakiś 30-tu lat już żaden nowy się nie ujawni ze swoimi naukami (chyba że fałszywy).
Cóż, Wszechświat jest tym czym jest i niczym innym, nie jest tym, czym chcielibyśmy, by się stał. Każdy model wart jest tyle, na ile przydany jest w praktycznych zastosowaniach, liczy się jego skuteczność. Należy do modeli rzeczywistości podchodzić z dystansem, nadawanie im rangi ideologii prowadzi do zaślepienia. Jedyne, co możemy zrobić, to starać się uwzględniać możliwie wiele punktów widzenia na jakąś kwestię, sortować je wedle skali poprawności utworzonej na podstawie dotychczasowych doświadczeń i wybierać najlepszy dla danego zastosowania.
Dopiero wtedy zbliżymy się do postrzegania świata takiego, jakim jest.
Ogromną zaletą Internetu jest to, że pokazuje najróżniejsze światopoglądy. Dzięki temu rozbudza kreatywność, wraz z jego rozpowszechnianiem się ludzkość zaczęła gigantyczny skok cywilizacyjny.
środa, 2 września 2009
Charaktery
W książeczce z poprzedniego wpisu przestrzegałem, że agenci służb bezpieczeństwa nie powinni mieć władzy nad cywilami.
Otóż kilka procent ludzi to osoby nadwrażliwe, które nie zniosą krzywdy bliźniego, a nawet zwierząt. Tacy często pracują w różnego rodzaju organizacjach pożytku publicznego, fundacjach, organizacjach ochrony praw zwierząt.
Większa część ludzi jest "zwyczajna".
Pozostałe kilka procent to 'socjopaci'. Wbrew strasznej nazwie (wziętej z psychologii), ci ludzie nie wyróżniają się zachowaniem, prowadzą zwyczajne życie, zdecydowana większość z nich nie jest niebezpieczna. Posiadają tylko pewną dysfunkcję, które uniemożliwia im odczuwanie jakiejkolwiek empatii. Dla takiego kogoś nie ma różnicy emocjonalnej pomiędzy zabijaniem człowieka a przygotowywaniem sobie kanapki. Po prostu tak już mają. Nie oznacza to, że będą w życiu postępować w sposób "niemoralny".
I tacy ludzie szczególnie dobrze czują się w wojsku czy wywiadzie. Także właśnie takich ludzi tam potrzebują, bo z wieloma obowiązkami inni nie daliby sobie rady. Jeśli wskutek jakiś okoliczności życiowych tacy ludzie nie zostaną "zagospodarowani" przez państwo, czasami trafiają do organizacji przestępczych.
W wojsku dyscyplina, regulamin i łańcuch dowodzenia dobrze im służą, więc wojsko samo w sobie nie stanowi zazwyczaj większego zagrożenia dla ludności cywilnej.
Dużo gorsza sytuacja jest ze służbami bezpieczeństwa. Ci ludzie są bardzo inteligentni i doskonale wyszkoleni, nie tylko w działaniach operacyjnych, lecz nawet w sposobach skrytego zabijania ludzi, są też przyzwyczajeni do samodzielnego działania w ukryciu, często poza prawem.
I kiedy służby specjalne są zostawione same sobie, nie są trzymane krótko przez władze kraju, to coraz bardziej wymykają się spod kontroli. Przykładowo, amerykańska CIA kiedyś dorabiała sobie przemytem narkotyków (wykazało to dochodzenie Kongresu), a kiedy prawo zabroniło jej działań operacyjnych na terytorium Stanów Zjednoczonych, to stworzyli swoje ośrodki w rezerwatach indiańskich, które, dzięki umowom z rządem, mają zapewnioną eksterytorialność. To ewidentne obchodzenie prawa. Po dziś dzień nie jest też wyjaśniona kwestia torturowania przez CIA na terytorium Polski podejrzanych o terroryzm Talibów. Rząd RP zaprzecza, co może być szczere. Po prostu agenci nie są przyzwyczajeni do pytania rządów o zgodę na wykonywanie swojej ukochanej pracy.
A już do całkowitego nieszczęścia dochodzi, kiedy służby specjalne mają zwierzchnictwo nad armią. Takiego tworu żaden rząd nie jest w stanie kontrolować, to służby specjalne zaczynają kontrolować rząd, na każdego polityka znajdzie się jakaś teczka.
Ostatnio w Stanach Zjednoczonych poszerza się kompetencje tych służb na terytorium kraju, a nawet wchodzą ustawy umożliwiające im odsuniecie od władzy cywilów w przypadku zagrożenia. Czyli de facto oddaje się władzę w ręce socjopatów, bo jest ich procentowo dużo w takich organizacjach.
Charakter tych ludzi widać w filmach o Jamesie Bondzie. Zastrzelenie człowieka nie przeszkadza mu w piciu martini z wódką, wstrząśniętego a nie zmieszanego.
Kiedy agenci SB dostali rozkaz zabicia ksiedza Popiełuszki, to go wykonali. Teraz próbuje się moralizować, że była to organizacja przestępcza. Nie zapominajmy, że tacy ludzie działają również na terytorium wroga, infiltrują organizacje przestępcze i terrorystyczne, w każdej chwili są narażeni na schwytanie, śmierć a nawet tortury. Kiedy pilot bombowca otrzyma rozkaz zrzucenia bomby atomowej to także go wykona, nawet gdyby to miała być misja samobójcza. Funkcjonariusze BOR-u mają obowiązek zasłonić ochranianego polityka, nie ma znaczenia czy go lubią oraz czy zgadzają się z jego polityką.
Otóż kilka procent ludzi to osoby nadwrażliwe, które nie zniosą krzywdy bliźniego, a nawet zwierząt. Tacy często pracują w różnego rodzaju organizacjach pożytku publicznego, fundacjach, organizacjach ochrony praw zwierząt.
Większa część ludzi jest "zwyczajna".
Pozostałe kilka procent to 'socjopaci'. Wbrew strasznej nazwie (wziętej z psychologii), ci ludzie nie wyróżniają się zachowaniem, prowadzą zwyczajne życie, zdecydowana większość z nich nie jest niebezpieczna. Posiadają tylko pewną dysfunkcję, które uniemożliwia im odczuwanie jakiejkolwiek empatii. Dla takiego kogoś nie ma różnicy emocjonalnej pomiędzy zabijaniem człowieka a przygotowywaniem sobie kanapki. Po prostu tak już mają. Nie oznacza to, że będą w życiu postępować w sposób "niemoralny".
I tacy ludzie szczególnie dobrze czują się w wojsku czy wywiadzie. Także właśnie takich ludzi tam potrzebują, bo z wieloma obowiązkami inni nie daliby sobie rady. Jeśli wskutek jakiś okoliczności życiowych tacy ludzie nie zostaną "zagospodarowani" przez państwo, czasami trafiają do organizacji przestępczych.
W wojsku dyscyplina, regulamin i łańcuch dowodzenia dobrze im służą, więc wojsko samo w sobie nie stanowi zazwyczaj większego zagrożenia dla ludności cywilnej.
Dużo gorsza sytuacja jest ze służbami bezpieczeństwa. Ci ludzie są bardzo inteligentni i doskonale wyszkoleni, nie tylko w działaniach operacyjnych, lecz nawet w sposobach skrytego zabijania ludzi, są też przyzwyczajeni do samodzielnego działania w ukryciu, często poza prawem.
I kiedy służby specjalne są zostawione same sobie, nie są trzymane krótko przez władze kraju, to coraz bardziej wymykają się spod kontroli. Przykładowo, amerykańska CIA kiedyś dorabiała sobie przemytem narkotyków (wykazało to dochodzenie Kongresu), a kiedy prawo zabroniło jej działań operacyjnych na terytorium Stanów Zjednoczonych, to stworzyli swoje ośrodki w rezerwatach indiańskich, które, dzięki umowom z rządem, mają zapewnioną eksterytorialność. To ewidentne obchodzenie prawa. Po dziś dzień nie jest też wyjaśniona kwestia torturowania przez CIA na terytorium Polski podejrzanych o terroryzm Talibów. Rząd RP zaprzecza, co może być szczere. Po prostu agenci nie są przyzwyczajeni do pytania rządów o zgodę na wykonywanie swojej ukochanej pracy.
A już do całkowitego nieszczęścia dochodzi, kiedy służby specjalne mają zwierzchnictwo nad armią. Takiego tworu żaden rząd nie jest w stanie kontrolować, to służby specjalne zaczynają kontrolować rząd, na każdego polityka znajdzie się jakaś teczka.
Ostatnio w Stanach Zjednoczonych poszerza się kompetencje tych służb na terytorium kraju, a nawet wchodzą ustawy umożliwiające im odsuniecie od władzy cywilów w przypadku zagrożenia. Czyli de facto oddaje się władzę w ręce socjopatów, bo jest ich procentowo dużo w takich organizacjach.
Charakter tych ludzi widać w filmach o Jamesie Bondzie. Zastrzelenie człowieka nie przeszkadza mu w piciu martini z wódką, wstrząśniętego a nie zmieszanego.
Kiedy agenci SB dostali rozkaz zabicia ksiedza Popiełuszki, to go wykonali. Teraz próbuje się moralizować, że była to organizacja przestępcza. Nie zapominajmy, że tacy ludzie działają również na terytorium wroga, infiltrują organizacje przestępcze i terrorystyczne, w każdej chwili są narażeni na schwytanie, śmierć a nawet tortury. Kiedy pilot bombowca otrzyma rozkaz zrzucenia bomby atomowej to także go wykona, nawet gdyby to miała być misja samobójcza. Funkcjonariusze BOR-u mają obowiązek zasłonić ochranianego polityka, nie ma znaczenia czy go lubią oraz czy zgadzają się z jego polityką.
wtorek, 1 września 2009
Napęd elektromagnetyczny
Kiedyś na grupie dyskusyjnej fizyki wspomniałem o tej koncepcji, lecz nie podałem szczegółów. Oto nadrabiam zaległości. Ostrzegam, że nie biorę odpowiedzialności za szkody psychiczne u czytelnika.
środa, 19 sierpnia 2009
Pakiety językowe w Windows 7
Ostatnio na MSDN i MSDN AA ukazała się finalna wersja Windows 7.
Są dwie płyty DVD, pierwsza z samym systemem Windows 7 Professional w wersji angielskiej, druga z pakietami językowymi, w tym polskim.
By zainstalować polski pakiet językowy, należy w wierszu poleceń w trybie administratora (prawy przycisk myszy na ikonce CMD, opcja 'Uruchom jako administrator') wpisać:
gdzie D:\langpacks\pl-pl jest ścieżką do pliku lp.cab na płycie DVD z pakietami językowymi. Gdy napęd optyczny ma inną literę niż D:, to należy ją wpisać.
W zasadzie wystarczy pierwsze polecenie, reszta jest opcjonalna.
Następnie w Edytorze Rejestru (Regedit) w trybie administratora trzeba usunąć klucz:
Po zrestartowaniu system będzie już w polskiej wersji językowej. Można klucz wyeksportować przed skasowaniem, by mieć możliwość powrotu do angielskiej wersji językowej. Niestety, wersja Professional nie ma opcji zmiany języka w Panelu Sterowania, taka możliwość jest jedynie w najdroższej wersji Ultimate.
Oficjalna premiera Windowsa 7 nastąpi 22 października 2009 roku.
Są dwie płyty DVD, pierwsza z samym systemem Windows 7 Professional w wersji angielskiej, druga z pakietami językowymi, w tym polskim.
By zainstalować polski pakiet językowy, należy w wierszu poleceń w trybie administratora (prawy przycisk myszy na ikonce CMD, opcja 'Uruchom jako administrator') wpisać:
DISM /Online /Add-Package /PackagePath:D:\langpacks\pl-pl
bcdedit /set {current} locale pl-PL
bcdboot %WinDir% /l pl-PL
gdzie D:\langpacks\pl-pl jest ścieżką do pliku lp.cab na płycie DVD z pakietami językowymi. Gdy napęd optyczny ma inną literę niż D:, to należy ją wpisać.
W zasadzie wystarczy pierwsze polecenie, reszta jest opcjonalna.
Następnie w Edytorze Rejestru (Regedit) w trybie administratora trzeba usunąć klucz:
HKEY_LOCAL_MACHINE | SYSTEM | Current | ControlSet | Control | MUI | UILanguages | en-US
Po zrestartowaniu system będzie już w polskiej wersji językowej. Można klucz wyeksportować przed skasowaniem, by mieć możliwość powrotu do angielskiej wersji językowej. Niestety, wersja Professional nie ma opcji zmiany języka w Panelu Sterowania, taka możliwość jest jedynie w najdroższej wersji Ultimate.
Oficjalna premiera Windowsa 7 nastąpi 22 października 2009 roku.
czwartek, 23 lipca 2009
Karta wi-fi pod linuksa
Ostatnio miałem do czynienia z bezprzewodową kartą wi-fi do komputera stacjonarnego - Belkin F5D7000v8. Nigdzie w internecie nie znalazłem informacji na jej temat, więc ją opiszę, może się komuś przyda.
(chodzi konkretnie o wersję 8 tej karty, poprzednie - 7, 6 itd. miały inny chipset!)
Jest oparta na chipsecie Atheros AR5007G.
Najnowsze sterowniki do systemu MS Windows można pobrać stąd. Windows XP, Vista i 7RC nie mają wbudowanych sterowników (szczególnie Windows 7 ma dużo sterowników do kart bezprzewodowych, które są dostępne już podczas instalacji systemu).
Karta bez problemu działa również pod systemem Ubuntu 9.04 (opisywanym na tym blogu). W poprzednich wersjach systemu (8.10, 8.04LTS) nie udało się jej uruchomić, pomimo zainstalowania sterowników. Problem też był z systemem Kubuntu 9.04. Ale nie tylko z tą kartą Kubuntu 9.04 ma problem, najwyraźniej jest coś nie tak z szyfrowaniem WPA2. Co dziwne, w wersji beta szyfrowanie działało, coś popsuli w finalnej. Może przy następnym poprawią.
Karta nie działała pod Debianem i Fedorą 11 (przynajmniej nie od razu), Suse nie sprawdzałem. Ale obsługa chipsetów Atheros jest włączona do najnowszych jąder linuksa, więc należy się spodziewać ich poprawnego działania z przyszłymi wersjami systemów spod znaku pingwinka. Bez konieczności babrania się z madwifi-tools.
Poniżej lista chipsetów poszczególnych odmian karty Belkin F5D7000:
v1 - BCM43xx (w systemie MacOS X działa jako AirPort bez dodatkowych sterowników)
v3 - RT25009x
v5 - AT2413A
v6 - RT619x
v7 - RTL8185L
v8 - AR5007G
(chodzi konkretnie o wersję 8 tej karty, poprzednie - 7, 6 itd. miały inny chipset!)
Jest oparta na chipsecie Atheros AR5007G.
Najnowsze sterowniki do systemu MS Windows można pobrać stąd. Windows XP, Vista i 7RC nie mają wbudowanych sterowników (szczególnie Windows 7 ma dużo sterowników do kart bezprzewodowych, które są dostępne już podczas instalacji systemu).
Karta bez problemu działa również pod systemem Ubuntu 9.04 (opisywanym na tym blogu). W poprzednich wersjach systemu (8.10, 8.04LTS) nie udało się jej uruchomić, pomimo zainstalowania sterowników. Problem też był z systemem Kubuntu 9.04. Ale nie tylko z tą kartą Kubuntu 9.04 ma problem, najwyraźniej jest coś nie tak z szyfrowaniem WPA2. Co dziwne, w wersji beta szyfrowanie działało, coś popsuli w finalnej. Może przy następnym poprawią.
Karta nie działała pod Debianem i Fedorą 11 (przynajmniej nie od razu), Suse nie sprawdzałem. Ale obsługa chipsetów Atheros jest włączona do najnowszych jąder linuksa, więc należy się spodziewać ich poprawnego działania z przyszłymi wersjami systemów spod znaku pingwinka. Bez konieczności babrania się z madwifi-tools.
Poniżej lista chipsetów poszczególnych odmian karty Belkin F5D7000:
v1 - BCM43xx (w systemie MacOS X działa jako AirPort bez dodatkowych sterowników)
v3 - RT25009x
v5 - AT2413A
v6 - RT619x
v7 - RTL8185L
v8 - AR5007G
Subskrybuj:
Posty (Atom)