Sama materia nie do końca jest materią. W fizyce istnieje teoria fal de Broglie’a, nawet potwierdzona doświadczalnie. Okazuje się, że materię można matematycznie opisać nie jako materię, ale jako falę i to się sprawdza. Nawet w doświadczeniach 1 elektron może przeniknąć 2 otwory jednocześnie, jakby był w 2 miejscach na raz. Materia jest jednocześnie cząstką i falą.
W fizyce kwantowej jest jeszcze dziwniej, bo tam są rozkłady prawdopodobieństw.
Do tego takie zjawiska jak pole elektryczne, magnetyczne i grawitacyjne, oraz pozostałe oddziaływania. Tutaj fizyka staje się kompletnie bezradna i unika odpowiedzi, chociażby takie pole magnetyczne jest tym czym jest, pojęciem podstawowym i definiowanym samo przez się. Jakieś przedmioty się przyciągają i odpychają, ale jakie łapki to powodują, na to nie ma odpowiedzi. Tak po prostu jest i nie wolno fizyka pytać dlaczego, bo się zdenerwuje, niczym rodzic na pytanie dziecka na które nie zna odpowiedzi i odpowiadający, żeby nie zadawało głupich pytań.
Idąc dalej w te rozważania jest jeszcze ciekawiej. Bo materia jest prawie pusta. Cząstki subatomowe są o wiele rzędów wielkości mniejsze od materii którą tworzą. Czyli każdy przedmiot materialny, wydający się czymś stałym, twardym składa się praktycznie z samej próżni.
Interesując się czym jest próżnia robi się jeszcze ciekawiej. Bo próżnia absolutnie nie jest niczym, ma swoje właściwości. Istniała kiedyś w fizyce teoria, że próżnia składa się z materii o ujemnej energii, więc znajdującej się jakby po przeciwnej stronie tej próżni. I to udowodniono eksperymentalnie, dostarczając tej materii energię można było ją przerzucić na naszą stronę, w ten sposób materia jakby wyłaniała się z nicości. Czyli jakby złamanie prawa fizyki, że materii nie można stworzyć z niczego.
W teorii względności próżnia jest określana jako czasoprzestrzeń i też ma ciekawe właściwości. Związki z czasem i masą.
Upraszczając rozważania, materia to jakby zaburzenie w próżni. Jakby projekcja generowana przez próżnię. Albo jakby emanacja czegoś, odbicie. Już filozofowie greccy rozważali materię jako odbicie lub cień jakiejś innej niedostrzegalnej rzeczywistości.
Są jeszcze nowsze teorie fizyki, chociaż już stare, częściowo udowodnione, choćby teoria strun, gdzie może być wiele wymiarów przestrzeni, nie tylko 3.
Więc całe rozważania wracają do punktu wyjścia. Istnieje materia, która jest jednocześnie falą, istnieją oddziaływania elektryczne, magnetyczne, grawitacyjne, jądrowe silne i słabe, oddziaływania elektryczne i magnetyczne jeśli są zmienne to generują falę elektromagnetyczną, która rozchodzi się w próżni, która to próżnia jednocześnie jest i jej nie ma. Na koniec nie wiadomo czym to wszystko jest, czym jest fala materii, fala elektromagnetyczna itd.
Więc dochodzi się do momentu, w którym tak dużo się wie, a jednocześnie zupełnie niczego nie wie. Można opisywać wzorami matematycznymi otaczającą rzeczywistość i na tej podstawie wiele zdarzeń przewidywać, na przykład tor lotu pocisku, orbity planet (ale te nie do końca, bo wzory nie obejmują przypadków wzajemnego oddziaływania 3 i większej ilości ciał).
Na podstawie wzorów można dużo dokonać, jednak fundament rzeczywistości nadal jakby unika poznania.
Nie twierdzę, że to, czego nie wiadomo, oznacza zaświaty w którym fruwają duchy, bo to dziecinne wyobrażenie. Po prostu dzięki poznaniu coraz więcej wiadomo i jednocześnie poszerza się obszar niewiedzy. To jak chodzenie z latarką w ciemności, z każdym krokiem poznawany jest kolejny wycinek rzeczywistości, ale jednocześnie za granicą światła, w cieniu, jest coraz większy nieznany obszar.
W 19 wieku ludziom wydawało się, że odkryli prawie wszystko, został jakiś malutki nieodkryty obszar. Ale idąc w ten obszar okazało się, że to przepaść bez dna.